O tym, co czytam, słucham i oglądam w mediach.
I zamiast miotać w przestrzeń przekleństwa, wolę odreagować kulturalnie przy użyciu bloga.
niedziela, 29 stycznia 2012
Wyznawcy teorii bajkowych
Nudna-Teoria przytacza artykuł o zwolennikach teorii spiskowych, kończący się konkluzją, że teorie spiskowe bazują na pojedynczym założeniu: z reguły, że rządy lub inne potentne grupy maskują prawdę. Samemu zaliczając się do tej grupy, muszę przyznać rację.
Trochę jednak rozszerzyłbym to założenie, czerpiąc ze spostrzeżeń
kanclerza Bismarcka, że ludzie nie powinni widzieć, jak się robi
kiełbasę i politykę, oraz ojca kapitalizmu, Adama Smitha, że działania
ludzi (a więc i rządów), wynikają częściej z pobudek egoistycznych niż
z altruizmu czy imperatywu moralnego, a światem rządzi pieniądz i chęć
zysku.
Politycy i funkcjonariusze służb są
tylko ludźmi, i to specyficznymi: można przypuszczać, ze jest wśród
nich nieproporcjonalnie wysoki odsetek psychopatów. Kto inny byłby
zdolny podjąć decyzję o rozpoczęciu wojny skutkującej tysiącami ofiar śmiertelnych czy o prewencyjnym sprzątnięciu osobników potencjalnie zagrażających państwu? Na tym tle założenie przez wywiad partii politycznej albo ukrywanie przez władze prawdy są bardzo błahymi występkami, a może wręcz czynami szlachetnymi: opublikowaniu wyników audytu sprzeciwiał się między innymi sekretarz generalny Parlamentu Europejskiego Klaus Welle, który twierdził, że stanie to na drodze sprawnej pracy tej instytucji. W polskiej rzeczywistości poprawka Rockiego przeszła przy oburzeniu mediów, ale dość szybko o niej zapomnieliśmy. O rezygnacji z publikowania w Biuletynie Informacji Publicznej wiążących interpretacji podatkowych nie pisze prawie nikt.
Wraz z innymi zwolennikami
teorii spiskowych jestem zdania, że politycy ogłaszają światu prawdę
tylko wtedy, gdy leży to w ich interesie. Wyborcy powinni dbać
o to, by interes polityków był zbieżny z ich własnym, ale wiadomo, że
często się to nie udaje. Wyznawcy teorii bajkowych - nazwa może nieco
krzywdząca, ale na zasadzie wzajemności - mogą z kolei utrzymywać, że
politycy zwykle są prawdomówni. Będzie to jednak przekonanie równie
subiektywne, jak moje. Jeśli ktoś chce wierzyć, że pół wieku po
zabójstwie Kennedy'ego nadal istnieją uczciwe powody, by nie ujawniać
pełnej dokumentacji na ten temat - jego sprawa. Jeśli ktoś chce
wierzyć, że Amerykanie nie mieli technicznych moiżlwości pojmać bin
Ladena żywcem - wolno mu. Jeśli kogoś pasjonował hollywoodzki film
o Abu Musabie al Zarkawim - jego sprawa. Ale jeśli przy tym uważa, że
jego dziecięco ufne spojrzenie na świat daje mu prawo do poczucia
wyższości względem osób patrzących sceptycznie, to mógłby to spróbować
jakoś uzasadnić. Regułą jest, że takich uzasadnień nikt nie ma zwyczaju
dawać.
Artykuł z "Der Spiegel" jest - dla
wzmocnienia wymowy - poparty badaniem naukowym (przeprowadzonym na
małej próbie). Warto zwrócić uwagę, że w kwestiach światopoglądowych naukowcy są również tylko ludźmi
i mają tendencję do dobierania takich dowodów, jakie współgrają z ich
przekonaniami. Nie musi to nawet dotyczyć tak drażliwych kwestii, jak
żywność genetycznie modyfikowana, źródła skłonności homoseksualnych czy
początek życia ludzkiego. Słynny był kiedyś przypadek walki "na śmierć
i życie" dwóch profesorów od dietetyki, z których jeden obstawał za
dietą węglowodanową, a drugi za tłuszczową. Po wytoczeniu najcięższych
dział przedstawili swoje wzorcowe jadłospisy i okazało się, że tak
bardzo się nie różnią. Innym razem prof. Ireneusz Krzemiński był zmuszony przyznać,
że jako naukowiec ma niestety inne poglądy na Radio Maryja, niż jako
czytelnik "GW". Ilu naukowców nie byłoby skłonnych do takiego wyznania?
Piszę o tym, bo w przytoczonej publikacji naukowcy ze zdziwieniem (a może z satyskacją?) skonstatowali, że osoby zakładające wiarygodność jednej teorii spiskowej zakładały również wiarygodność innych.
Dla mnie takie stwierdzenie jest oczywiste, jeśli słowa "wiarygodność"
nie utożsamiamy ze słowem "prawdziwość", a znane dowody nie pozwalają
obalić żadnej z teorii. Czy osoby biorące udział w badaniu
były poinformowane, jak badacze rozumieją pojęcie wiarygodności? Jeśli
nie, to zamiast naukowego badania mamy pseudonaukową manipulację, obliczoną na wyprowadzenie miażdżącej konkluzji: wierzyć, że Osama bin Laden jeszcze żyje, nie stanowi najwyraźniej przeszkody by wierzyć, że już od lat jest martwy.
Dlaczego uważam, że istotnie miała tu
miejsce manipulacja? Bo - jak wcześniej przyznałem - sam zaliczam się
do zwolenników teorii spiskowych i bez wahania mógłbym uznać za wiarygodne
kilka sprzecznych teorii, jeśli nie miałbym dostatecznie dużo danych,
by którąś z nich odrzucić. Zarazem trudno mi sobie wyobrazić, jak
badani studenci mogli być przekonani o prawdziwości sprzecznych ze sobą teorii. Jeśli takie obiekcje nie naszły przeprowadzających eksperyment naukowców, to świadczy tylko o nich, nie o badanych "obiektach".
Obserwując wyznawców teorii
bajkowych, można zauważyć silne przywiązanie do jednej obowiązującej
wersji prawdy. Każda wzmianka o ukrytych faktach czy o służbach
specjalnych jest dla nich tym, czym micha dla psa Pawłowa: powoduje
natychmiastowe i bezwarunkowe ślinienie i chęć gryzienia.
Często nie wyobrażają sobie, że można w pewnych sprawach, gdy dowody są
niejasne albo wewnętrznie sprzeczne, pozostać nieprzekonanym,
zachowywać otwarty umysł i uznawać za wiarygodne kilka teorii, dopóki
nie pojawią się dowody, które rozwieją wątpliwości.
Stąd mamy wielu zwolenników teorii
spiskowych, którzy spokojnie dopuszczają możliwość awarii tupolewa,
jednocześnie dopuszczając możliwość zamachu, i równie wielu zwolenników
teorii bajkowych, który do dziś zawzięcie utrzymują, że piloci lądowali
pod presją (była w powietrzu za plecami), a wątpliwości co do raportu
Millera świadczą źle o Macierewiczu, a nie o Millerze. A w ogóle to już
powinniśmy przestać o tym Smoleńsku tyle gadać, bo wszystko jest
wyjaśnione i przynosi tylko wstyd nam Polakom.
Zakończę konkluzją ze swojej starszej notki: w
świetle powyższych rozważań ci "racjonaliści", którzy przy obecnym
stanie wiedzy z pełnym przekonaniem odrzucają tezę o zamachu, w
rzeczywistości przyjmują za pewnik założenie, którego nie są w stanie
zweryfikować. Nie różnią się tu niczym od tych zwolenników teorii
spiskowych, którym poszlaki wystarczają do głoszenia ze stuprocentową
pewnością domniemanych faktów. Jeśli twierdzisz więc, że katastrofa smoleńska na pewno nie była zamachem - jesteś nawiedzonym oszołomem, ot co.
sobota, 28 stycznia 2012
To jest nasza kultura (prawna)
Nieznajomość prawa nie zwalnia z jego
przestrzegania - to jedna z ważniejszych zasad rządzących dzisiejszym
światem. Od czasu do czasu ktoś przebąkuje, że współczesne prawo jest
tak skomplikowane i pogmatwane, że nikt nie ma szans poznać wszystkich
przepisów, które regulują jego byt na tym świecie, zatem człowiek potencjalnie wchodzi w konfilkt z prawem przez sam fakt swojego istnienia.
Dzisiejszy porządek prawny, wzmacniany przez takie potworki, jak ACTA,
czerpie garściami z ustrojów totalitarnych i hołduje maksymie Feliksa
Dzierżyńskiego głoszącej, że nie ma ludzi niewinnych, są tylko źle
przesłuchani.
To wszystko banały, ale zazwyczaj
politycy ich głośno nie wypowiadają, bo musieliby przyznać, że
stanowiony przez nich porządek prawny jest jedną wielką porażką. Są
jednak tacy, którzy bez cienia wstydu i pokory ową porażką się chlubią.
Na przykład Bogdan Zdrojewski, piastujący funkcję ministra kultury,
ostatnio bez żenady przyznał, że nawet wielu prawników nie jest w stanie właściwie zinterpretować niektórych przepisów polskiego prawa. Ta konstatacja nie wywołała u niego refleksji, że może należałoby pilnie uprościć prawo. Przeciwnie, stała się przyczynkiem do zlekceważenia protestujących przeciwko ratyfikacji ACTA, bo przecież nie
można [rozumienia tego paktu] oczekiwać od osób, które nie posiadają
wykształcenia prawniczego i reagują na pewne rzeczy emocjonalnie.
Oto współczesna wizja
społeczeństwa obywatelskiego: obywatel jest co najwyżej siłą roboczą,
konsumentem i mięsem wyborczym, ale gdy próbuje zabierać głos w sprawach
publicznych, to staje się śmiesznym typkiem, który nie ma szans
rozumieć, o czym mówi i z tego powodu reaguje czysto emocjonalnie.
Rzecz jasna dla ministra nie ma mowy o takim stanowieniu prawa, żeby
obywatele mieli szanse zrozumieć przepisy, których powinni przestrzegać.
A ja na przykład nie mam pewności, czy wolno mi zacytować definicję słowa kultura ze Słownika Języka Polskiego PWN, więc niewykluczone, że właśnie popełniam czyn zabroniony: otóż kultura jest to materialna i umysłowa działalność społeczeństw oraz jej wytwory. Jeśli zatem wytworem kultury współczesnych Polaków są poglądy ministra kultury oraz ich odbicie w porządku(!)
prawnym, to trzeba się poważnie zastanowić, czy materialna i umysłowa
działalność np. Wandalów nie była aby przejawem wyższej cywilizacji.
Z innej beczki: okazuje się,
że Grecy czy Polacy przepracowują największą liczbę godzin w roku,
podczas gdy na drugim biegunie znajdują się Holendrzy i Niemcy. Rankingi
wydajności pracy i zadowolenia z pracy wyglądają aklurat odwrotnie, ale
każda próba wprowadzenia dodatkowego dnia wolnego od pracy jest
torpedowana koronnym argumentem: popsują się cyferki w raportach
makroekonomicznych. O poprawianiu w pierwszym rzędzie kultury
organizacyjnej jakoś się nie mówi. Ktoś czasem wspomina, że uproszczenie
prawa dałoby parę punktów procentowych PKB za friko, ale takich
nawiedzonych to już było wielu...
Prawo nastawione na wielkie koncerny,
wszechobecną kontrolę i cyferki makro - zamiast na człowieka - jest
wrzodem na tkance społecznej, dlatego obecne protesty są chyba
powodowane czymś głębszym niż tylko odruchem sprzeciwu wobec
wynegocjowanego potajemnie paktu. Gdzieś podskórnie pojawia się
poczucie, że w dzisiejszych cywilizowanych państwach kultura prawna, ustrojowa, instytucjonalna czy ekonomiczna nie służy społeczeństwom, ale wąskim elitom.
Prawo jest traktowane czysto instrumentalnie, wskaźniki makro nie
korelują z poczuciem szczęśliwości, podatki nie służą zaspokajaniu
potrzeb społecznych, lecz zbieraniu funduszy na projekty biurokratów, a
pośród klasy politycznej trudno sobie znaleźć realnych reprezentantów.
Coraz więcej ludzi zaczyna należeć do grupy wykluczonych.
Wykluczonych z rozumienia i decydowania o sprawach publicznych. Jak widać, dla ministra Zdrojewskiego to zupełnie normalne; absolutnym zaskoczeniem jest dla niego jedynie skala protestów...
niedziela, 22 stycznia 2012
Totally fugazi
Adam Słomka jest jedynym człowiekiem skazanym na więzienie w procesie o wprowadzenie stanu wojennego. [...] Kiszczaka [sędzia] bał się posadzić, ale Słomkę zamknął chętnie - zauważa Janusz Wojciechowski. Cokolwiek
by Słomka nie wyrabiał w sądzie, cokolwiek by blokował czy krzyczał -
można go było wziąć pod pachy i wynieść, grzywnę wlepić - ale nie
pakować go do więzienia, zapewne ku rozbawieniu Kiszczaka i spółki.
To nie koniec kłopotów Adama Słomki. Gliwicka prokuratora oskarżyła go w 2011 r. o kierowanie
zorganizowaną grupą przestępczą, której celem było takie przestępstwo
przeciw wyborom [fałszowanie list poparcia przed wyborami prezydenckimi
w 2005 r. - przyp. darq]. Słomka nie przyznaje się do zarzutu, za który
grozi do 10 lat więzienia. Było to największe w Polsce postępowanie pod
względem liczby przesłuchanych świadków - w kilka lat przesłuchano
ponad 60 tys. osób z całej Polski, których dane znalazły się
na listach poparcia Słomki. W wyborach tych zajął on ostatnie 12.
miejsce z poparciem 8895 wyborców (0,06 proc).
Innymi słowy domniemane przestępstwo
Słomki nie miało najmniejszego wpływu na cokolwiek, bo i tak potem
wyborcy podjęli swoją decyzję. Jeśli umarzanie spraw "z uwagi na brak
szkodliowości społecznej" ma sens w jakimkolwiek przypadku, to jest to
właśnie przypadek Słomki. Chciałoby się, aby równie wiele wysiłków i
pieniędzy podatników aparat państwowy wkładał w tropienie licznych innych domniemanych fałszerstw popełnianych w wyborach właściwych, a jeszcze więcej w ściganie sprawców fałszerstw berzspornych. Z
powodu niewykrycia sprawcy stołeczna prokuratura umorzyła śledztwo w
sprawie nieprawidłowości przy wyborach prezydenckich z 2010 r. w
komisji w Brukseli, gdzie do urny wrzucono 98 kart do głosowania więcej
niż ich wydano. Prokuratura Rejonowa Warszawa-Śródmieście umorzyła
dochodzenie jeszcze pod sam koniec 2011 r., o czym dopiero w czwartek -
dopytywana o to przez PAP - poinformowała rzeczniczka Prokuratury
Okręgowej w Warszawie Monika Lewandowska. Decyzja jest prawomocna. Według
Lewandowskiej materiał dowodowy wykazał, że głosowanie w Brukseli
odbyło się prawidłowo; nie udało się jednak ustalić kto i kiedy dokonał
przestępstwa "podrobienia dokumentów wyborczych". Prokuratura
nie podała szczegółów. Podstawą dochodzenia był art. 248 p. 3 kodeksu
karnego. Przewiduje on karę do trzech lat pozbawienia wolności.
Czyli Słomka może beknąć na 10 lat za
luksus obejrzenia swego nazwiska na karcie wyborczej, za to ktoś, kto
dorzucił podrobione karty do urny, nie beknie nawet na 3 lata, bo w tej
sprawie nikomu nie chciało się przesłuchiwać 60 tysięcy świadków. Ani
dochodzić, w jaki sposób - mimo zabezpieczeń - takie przestępstwo było
możliwe i czy było możliwe również w innych komisjach wyborczych. Na
Słomkę warto wydać masę pieniędzy, ale na wyciągnięcie wniosków i
poprawę jakości przyszłych wyborów - już nie.
Tymczasem w szerokim świecie naukowcy, którzy stworzyli sztuczny bardzo niebezpieczny szczep wirusa ptasiej grypy, tymczasowo przerwali swoje badania.
Wcześniej w środowisku naukowym rozgorzała ostra dyskusja na ten temat.
W liście do prestiżowych tygodników naukowych "Science" i "Nature"
amerykańscy i holenderscy autorzy kontrowersyjnych badań piszą, że chwilowo zawieszają swój
program badawczy. Dodają, że powinno powstać międzynarodowe forum,
dzięki któremu można by przedyskutować kontrowersyjne kwestie.
To faktycznie wielkie osiągnięcie
naszej cywilizacji: zanim stworzy się śmiertelnego wirusa, można sobie
o tym podyskutować, skoro inni tak bardzo proszą. Czy wolno wytwarzać
zabójcze wirusy, czy nie wolno? Jak daleko sięgają granice wolności
naukowej? To pytania, na które spróbuje odpowiedzieć ludzkość. Bo w
przypadku innych, dużo poważniejszych zagrożeń, odpowiedź jest już
znana, jasna i jednoznaczna: wytwarzać nie wolno pod żadnym pozorem! 26 stycznia Polska podpisać ma ustawę ACTA [która m.in. narzuca] zakaz obrotu (produkcji, importu, handlu) urządzeniami, które dają możliwość obchodzenia zabezpieczeń przed kopiowaniem.
Komu to przeszkadza? Na przykład niedowidzącym, którzy muszą złamać
zabezpieczenia cyfrowej książki, aby móc ją przeczytać powiększającym,
czy głosowym czytnikiem. ACTA narzuca też konieczność weryfikowania na
granicy legalności importowanych towarów.
W połączeniu z coraz bardziej
kuriozalnym prawem patentowym stwarza to możliwość ciekawego biznesu:
stworzyć zaraźliwego wirusa, opatentować jego DNA/RNA i pobierać opłaty
od zmarłych za nielegalne powielenie cudzej własności intelektualnej.
Ponieważ przestępstwa przeciwko ACTA będą ścigane z urzędu, to pojawia
się szansa na wyłączenie roszczeń właściciela wirusa z masy spadkowej
zmarłego. Bo dowieść, że przestępstwo zostało poełnione przed śmiercią,
będzie akurat bardzo prosto.
Dobra, kończę skrobać tę notkę i lecę opatentować swój pomysł na biznes.
piątek, 20 stycznia 2012
Cisza jak MAK-iem zasiał
Po opublikowaniu nowych stenogramów z
czarnych skrzynek Tu-154M rząd i jego dziennikarze rzucili się
umniejszać ich znaczenie. Tam nie ma nic istotnego, a przyczyny
katastrofy są już wyjaśnione - słyszymy. Otóż nie są wyjaśnione, dopóki nie poznamy przekonujących odpowiedzi na co najmniej trzy pytania:
- jak zinterpretować to, że amerykański
rejestrator parametrów lotu odnotował jednoczesne odcięcie trzech
systemów zasilania (w tym dwóch awaryjnych) kilkanaście metrów powyżej
poziomu pasa startowego? skąd pewność, że tupolew w ogóle zszedł poniżej
poziomu lotniska?
- jeśli faktycznie zszedł, to jak doszło
do tego, że załoga niezauważalnie przestawiła się z wysokościomierza
barycznego na radiowy? lecąc na stałym pułapie przez 7 sekund, piloci
powinni czuć normalną grawitację, a zniżając się w tym czasie o
kilkadziesiąt metrów - przynajmniej przejściowy stan pewnej nieważkości,
względnie przeciążenie po zakończeniu zniżania,
- dlaczego rosyjski kontroler lotów przez 13 kluczowych sekund milczał, mimo że wcześniej aktywnie naprowadzał polski samolot?
Czy jakąś odpowiedź zawierają nowe
stenogramy? Niekoniecznie, ale kilka szczegółów warto odnotować.
Spróbowała to zresztą zrobić "Gazeta Wyborcza", porównując nowe stenogramy ze starymi - gdzie "stare" to w tym przypadku te od MAK-u, a nie te trochę świeższe od Millera. O skrupulatności prac dziennikarzy "GW" niech świadczy fakt, że zwrot "Z podwoziem" odczytali oni jako "Z powodzeniem"...
Przy takim ich podejściu trudno się dziwić, że nie zauważyli, iż zwrot
"W normie", figurujący w stenogramach rosyjskich, przyjął w naszej
wersji treść "[-]chodzimy na drugie", wypowiadaną przez mjr Protasiuka.
Warto się przy tej zmianie na chwilę
zatrzymać, bo choć została odnotowana już w stenogramach Millera, to
zamieszczony tam komentarz nie dotarł do świadomości opinii publicznej. Nadal
jest wiele osób, które twierdzą, że polscy piloci lądowali, a nawet jak
nie lądowali, to złamali procedury, rozpoczynając odejście poniżej
wysokości decyzyjnej. To nieprawda! Przytaczam ów komentarz w całości. W
połowie wypowiedzi: „N?- Sto” rozpoczyna się wypowiedź: „A- Odchodzimy
na drugie ...” (patrz załączone ilustracje). Fakt ten wyklucza
możliwość, aby wypowiedź: „Odchodzimy na drugie ...” była odpowiedzią na
praktycznie równoczesną wypowiedź: „Sto”. Biorąc pod uwagę konieczny
(fizjologiczny) czas reakcji należy uznać, że wypowiedź: „Odchodzimy na
drugie ...” jest reakcją na dwie pierwsze informacje (występujące
bezpośrednio po sobie) dotyczące wysokości stu metrów - patrz rozdział
II/A-6.1.
Kolejnym wnioskiem "GW" jest enigmatyczne stwierdzenie: inaczej zapisano moment uderzenia w drzewo. Tymczasem
w nowych stenogramach nie odnotowano ani jednego dźwięku, który
zostałby zinterpretowany jako odgłos spotkania z brzozą lub jej towarzyszkami, co rosyjscy eksperci usłużnie sugerowali słowami: "odgłos zderzenia z drzewami". Ten sam dźwięk w
nowych stenogramach jest opisany jako "odgłosy przemieszczających się
przedmiotów - do końca nagrania". Na dodatek pierwsze przekleństwo
załogi tupolewa odnotowano 1,3 sekundy później niż początek owych
odgłosów, a taki czas reakcji na silne, urywające skrzydło
uderzenie mógłby cechować rasowego flegmatyka, ale raczej nie załogę
odrzutowca.
Z powyższego można wysnuć wniosek, że samolot utracił sterowność, ale niekoniecznie na skutek zderzenia. Jeśli było, to nie towarzyszył mu żaden wyraźny dźwięk ani poruszenie załogi.
Dodajmy do tego, że nawigator przestał raportować obniżającą się
wysokośc przy 20 metrach, na 3,5 sekundy przed rozpoczęciem przesuwania
się przedmiotów, a w międzyczasie samolot jeszcze przeleciał nad bliższą
radiolatarnią. Czy nieuprawniona jest w tej sytuacji
wątpliwość, że może wcale tupolew nie zszedł poniżej poziomu lotniska,
wcale nie uderzył w brzozę, a załoga cały czas korzystała z
wysokościomierza barycznego? Byłoby to całkiem spójne z raportem Amerykanów o wyłączeniu zasilania kilkanaście metrów nad poziomem pasa.
Ostatnią rzeczą, która przykuła moją
uwagę w nowych stenogramach, jest echo. A konkretnie "interferencja i
sprzężenie wynikające z użycia zestawu głośnomówiącego", z którego
korzystał kierownik systemu lądowania smoleńskiego lotniska - ten, który
naprowadzał tupolewa na kurs i ścieżkę. Gdy przestał się odzywać na 13
sekund, powrócił wreszcie z komunikatem "Horyzont, 101", ale już bez
echa. Chwilę po nim odezwał się kierownik lotów, też bez echa, ale on
akurat od początku nie używał zestawu głośnomówiącego. Nasuwa
się przypuszczenie, że w kluczowym momencie kierownik systemu lądowania
opuścił swoje stanowisko, pytanie - co go do tego mogło skłonić?
Odpowiedzi nie poznamy ze stenogramów
Millera, zawierających odpis nagrań z magnetofonu smoleńskiej wieży.
Według tego dokumentu przez ponad 10 sekund nie działo się tam nic,
żadnej komunikacji, żadnych rozmów - cisza jak MAK-iem zasiał...
środa, 18 stycznia 2012
O take Polske nam chodziło?
Choć Polskę i Japonię geograficznie i ekonomicznie wiele nie łączy to rynki akcji poruszają się od lipca praktycznie tak samo - zauważył dziś Daniel Kostecki, analityk X-Trade Brokers.

Mnie zastanawiają przyczyny tak słabego
zachowania naszej giełdy. Japończycy mają od 20 lat sekularną bessę,
zmagają się z olbrzymim zadłużeniem i niekorzystnym dla eksportu kursem
waluty, a w tym roku spadła na nich klęska żywiołowa i katastrofa
nuklearna.
Polska jest "zieloną wyspą Europy",
żyje z dotacji unijnych i pieniędzy przysyłanych przez emigrantów, a
kurs złotówki wspiera nasz przemysł. Czy trapi nas jakikolwiek problem
porównywalny z japońskimi tragediami?
Jedynym, co przychodzi mi na myśl, jest rząd Donalda Tuska i jego reformy.
Interpretacja wiążąca: dziki kraj
Mało kto zwrócił uwagę, że jedną z "reform" wprowadzanych obecnie przez rząd jest rezygnacja z publikowania
w Biuletynie Informacji Publicznej wiążących interpretacji podatkowych,
wydawanych na prośbę podatników. Instytucja interpretacji pozostanie,
ale nie dość, że organy podległe MF będą sobie mogły swobodnie
interpretacje odwoływać, to jeszcze ogół podatników się o nich nie dowie. Razem ze słynną poprawką Rockiego,
przepchniętą na koniec poprzedniej kadencji, wiele to mówi o podejściu
PO do idei przyjaznego państwa. Zamiast uprościć przepisy tak, by nie
gubili się w nich urzędnicy państwowi (o obywatelach nie wspominając),
lepiej cofnąć się w cywilizacyjnym rozwoju do epoki Dzikiego Wschodu.
Na dodatek niezbyt konsekwentnie. W całym tym bałaganie,
jaki narobiono w służbie zdrowia ustawą refundacyjną okazało się, że
podarowanie przez WOŚP szpitalom pomp insulinowych byłoby działaniem
prawnie wątpliwym, wręcz nielegalnym. Ministerstwo Zdrowia pospieszyło
z "opinią prawną",
czyli de facto opublkowało coś, co w zamyśle jest wiążącą interpretacją
prawa i według zamierzeń tego samego rządu nie powinno być już
ogłaszane publicznie. Zgoda, ta sprawa akurat nie dotyczy prawa
podatkowego, ale chodzi mi o intencje obecnych władz: czy urzędnicy powinni publicznie interpretować przepisy, czy też nie?
Oczywiście nikt nie dopuszcza myśli,
żeby głupie prawo mogło stanąć na drodze Orkiestry Owsiaka, więc nie
dziwią sformułowania w doniesieniu PAP: pompy
insulinowe [...] mogą zostać przekazane szpitalom przez Fundację WOŚP w
formie darowizny - poinformowało Ministerstwo Zdrowia w poniedziałkowym
komunikacie. Tak właśnie - nie wydało opinię, tylko poinformowało! Skoro ministerstwo informuje, to chyba nie ma o czym dyskutować?
Nie byłoby, gdyby nie dwie drobne wątpliwości. Po pierwsze, resort zdrowia pomylił ustawę refundacyjną z jej projektem, a w ustawie stoi jak byk, że nikt nie może podarować szpitalom pomp insulinowych. Po drugie, komunikaty
i interpretacje MZ nie mają żadnej mocy prawnej, nie są w żaden sposób
wiążące dla organów administracji ani dla sądów powszechnych.
I co z tego? I nic. Idę o zakład, że akurat ta interpretacja zostanie uznana za wiążącą, a WOŚP złamie prawo bez czyjegokolwiek sprzeciwu. Za to setki interpretacji rzeczywiście (albo i nie?)
wiążących zostaną schowane w czeluściach urzędniczych biurek naszego
coraz bardziej przyjaznego państwa. Aby żyło się lepiej - wszystkim
urzędnikom.
poniedziałek, 02 stycznia 2012
O, choroba!
Jednym z elementów bałaganu
wprowadzonego przez min. Arłukowicza jest konieczność weryfikowania w
gabinetach lekarskich, czy pacjent jest ubezpieczony. Niewiele osób
wypowiadających się w tej sprawie zwraca uwagę, tak jak Marek Balicki,
że nieubezpieczonych Polaków jest zdecydowana mniejszość, a
koszt biurokracji związanej z weryfikowaniem uprawnień i wyznaczaniem
źródła finansowania pacjenta idzie w dziesiątki milionów. Jeszcze rzadziej pojawiają się głosy, że w ogóle ubezpieczenie zdrowotne jest w Polsce fikcją.
Istotą ubezpieczenia jest bowiem przeniesienie ryzyka z ubezpieczanego na ubezpieczyciela.
Jeśli zdarzy mi się wypadek, to idę po odszkodowanie do ubezpieczyciela
i nie zastanawiam się, czy przewidział on na ten rok odpowiednią liczbę
wypadków. Jego profesja, jego kłopot. Za to bierze pieniądze. Nie powie
klientowi: rozwal się pan w przyszłym roku, bo na ten rok limit wypadków zastał już wyczerpany.
Zupełnie odwrotnie jest w przypadku "ubezpieczeń" NFZ.
Zacna ta instytucja ustala na każdy rok limit świadczeń zdrowotnych i
podpisuje umowy z placówkami zdrowotnymi tak, aby prawie całe ryzyko
leżało po stronie pacjentów, względnie miłosiernych dyrektorów
szpitali. Na dodatek składka zdrowotna nie jest zależna od pakietu
usług (ba! od lat, mimo gadania, nie stworzono prawdziwego koszyka
świadczeń gwarantowanych), tylko od dochodów "ubezpieczonego". Nie
można też wybrać sobie ubezpieczyciela - każdy jest dobry, o ile jest
państwowy...
Nawet Forrest Gump zauważy, że składka zdrowotna ma wszelkie cechy podatku i nic wspólnego z prawdziwymi ubezpieczeniami. Podobnie płacimy podatki np. na edukację, nawet jeśli akurat nie potrzebujemy z niej korzystać. I tak, jak Konstytucja RP gwarantuje bezpłatną naukę w szkołach publicznych, tak ten sam dokument zapewnia, że każdy ma prawo do ochrony zdrowia, a obywatelom,
niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają
równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków
publicznych. Skoro tak, to po diabła cała ta biurokracja
związana z fikcją ubezpieczeń? Jak się ma wykluczanie (nielicznych)
Polaków z grona ubezpieczonych do ich konstytucyjnie gwarantowanych
praw?
Takimi wątpliwościami podzieliłem się
swego czasu z Rzecznikiem Praw Obywatelskich, a dokładniej z jego
biurem. Pani referent Anna Sosińska włożyła cały swój talent, aby w
dwustronicowym słowotoku nie odnieść się słowem do najważniejszych
zarzutów i jednocześnie przyznając półgębkiem, że ustawa tworzy
kategorię osób wykluczonych z publicznych świadczeń zdrowotnych, uznać,
że nie łamie to ich konstytucyjnych praw. Oczywiście tematu
bezsensownych wydatków na biurokrację, które nie służą ani chorym, ani
budżetowi państwa, ani wzrostowi PKB, pani referent nie raczyła podjąć.
Dla potomności przytaczam tutaj najważniejsze punkty jej wywodu.
Udzielanie świadczeń opieki
zdrowotnej jest oparte na zasadach równego traktowania oraz
solidarności społecznej, a także na zasadzie zapewnienia ubezpieczonym
równego dostępu do świadczeń opieki zdrowotnej i wyboru
świadczeniodawców. Ani w Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej ani w
ustawie o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków
publicznych nie jest użyte sformułowanie, że służba zdrowia jest
bezpłatna. [ale skoro dostęp jest równy, to dla wszystkich płatny albo dla wszystkich bezpłatny? - przyp. darq.]
[...] Katalog podmiotów podlegających obowiązkowemu ubezpieczeniu
zdrowotnemu jest określony nader szeroko, dzięki czemu umożliwia się
korzystanie osobom ubezpieczonym ze świadczeń opieki zdrowotnej
finansowanej ze świadczeń publicznych. Reasumując wyjaśniam, że w
ocenie Rzecznika Praw Obywatelskich brak jest podstaw do kwestionowania
konstytucyjności art. 2 ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej
finansowanych ze środków publicznych.
Przedostatnie zdanie to prawdziwe
cudeńko logiki, możliwe do zrozumienia chyba tylko przez referentów
prawnych. Jakie ma znaczenie, z czego mogą korzystać ubezpieczeni,
skoro Konstytucja mówi o wszystkich obywatelach, a nie tylko o
ubezpieczonych? I czy gdyby katalog był określony nader wąsko, to osoby
ubezpieczone nie mogłyby korzystać ze świadczeń zdrowotnych? Lekarza!!!
piątek, 16 grudnia 2011
Rynsztok zszokowanych idiotów
"GW" piórem Adama Leszczyńskiego analizuje
stan umysłów prawicy na przykładzie niedawnego programu Jana
Pospieszalskiego. Przekonanie o "oszołomstwie" prawicy jest w naszej
lewicy zakorzenione tak głęboko, że każdą - nawet najdrobniejszą i
mocno naciąganą - przesłankę, która wydaje się je uzasadniać, uznają za
miażdzący dowód.
Rozpoczął Andrzej Celiński, który na
wyznanie Pospieszalskiego, ze szokuje go depesza ambasadora NRD do
kierownictwa służb specjalnych tego kraju wypalił, że tego typu materiały są szokujące tylko dla idiotów, którzy mają z góry ustaloną tezę. Podobno był to w wykonaniu Celińskiego pokaz charakteru, nie chamstwa. Przekonanie
o własnej wyższości moralnej pozwala salonowym elitom i dziennikarzom
gładko nazywać przeciwników idiotami, a ich programy kojarzyć z
rynsztokiem.
Pomińmy rytualne w takich przypadkach
mantry o tym, że dokument był już (w wąskich kręgach) znany, przez co z
założenia nie niesie istotnej treści, albo że o zmarłych nie wypada
mówić źle, zatem krytyczne uwagi o postaciach historycznych są
niedopuszczalne. Mantry te najwyraźniej silnie działają na wyznawców,
skoro są z takim uporem powtarzane od lat. Ciekawsze jest tu jednak pytanie, dlaczego osoby zszokowane przedstawioną depeszą miałyby być z automatu idiotami.
Możliwości są dwie: albo takie
praktyki, jak domniemana rozmowa Geremka z Cioskiem, są normalnym
elementem taktyki politycznej, przez co rozumnych ludzi nie szokują,
albo materiał jest niewiarygodny. Pospieszalski i Wildstein przyjęli
raczej ten pierwszy wariant, a Celiński nie oponował. Po przemyśleniu
lewica uznała jednak, że ta argumentacja mogłaby być faktycznie
szokująca, więc całą parę puszczono w dyskredytowanie źródła.
Zaczął Ciosek, który uznał, że służby
specjalne NRD spreparowały rzekomą rozmowę z Geremkiem, by przekazać ją
"towarzyszom w Moskwie", chcąc "zmontować jakąś prowokację". Tego wątku nikt dalej nie ciągnął - widać zabrakło pomysłu, jak wyjaśnić wiernym, w imię czego Stasi miałaby tak mocno ryzykować, oszukując służby radzieckie.
Zresztą już sam taki fakt stanowiłby kolejną sensację, którą gotowi
wykorzystać idioci z prawicy w swoich rynsztokowych programach.
Aktualnie obowiązuje chyba wersja, że
dokument jest niewiarygodny, bo niepotwierdzony przez inne źródła.
Leszczyński chwyta się koła ratunkowego rzuconego przez Cioska, który
zaprzecza, że odbył taką rozmowę z ambasadorem NRD. Zakładają z
góry, że Ciosek kłamie? Ale dlaczego? Dlaczego właściwie ufają temu, co
Ciosek podobno mówił wtedy, a to, co mówi teraz, uznają za kłamstwo?
Może kłamał Niemcowi w 1981 r., a mówi prawdę Polakom w 2011 r.? Nie
można tego z góry wykluczyć. A jeśli się wyklucza, to wypada
powiedzieć, dlaczego - dopytuje Leszczyński, najwyraźniej
mając za idiotów nie tylko prawicę, ale i swoich czytelników, którzy
sami z siebie nie domyślą się, z jakich powodów komunistyczny dygnitarz
był bardziej szczery w prywatnych rozmowach z innymi komunistycznymi
dygnitarzami, niż jest dziś w wypowiedziach dla ludu.
Ciągnąc swe dywagacje, Leszczyński pomija fakt nadania przez Niemców depeszy ambasadora najwyższej klauzuli tajności. Ciosek
opowiada coś enerdowskiemu dyplomacie. Być może z nim pogrywa. Być może
chce mu opowiedzieć, że w "S" są tzw. zdrowe siły - sprzyjające władzy
- żeby dyplomata uspokoił swoich mocodawców w Berlinie. [...] Być może
Ciosek rzeczywiście coś podobnego mówił, ale Niemiec coś przekręcił.
Wszystkie te możliwości trzeba wziąć pod uwagę - mnoży
wątpliwości doktoryzowany historyk, nie wykazując przy tym cienia
intencji zweryfikowania źródła i konfrontacji z innymi materiałami.
Owszem, można brać pod uwagę, że
ambasador - zapewne pracownik służb - "przekręcił coś" w tajnej depeszy
do swojej centrali. Tylko jaka jest na to szansa? Zgoda, Pospieszalski
i Wildstein za bardzo podpalili się pojedynczym dokumentem. Ale skoro
przeciwnicy jeszcze bardziej podpalili się ich podpaleniem, skoro z
dywagacji, że ambasador coś przekręcił, wyciągają wniosek, że można
przeciwnikom rzucać prosto w twarz obelgi i żądać zdjęcia programu z
anteny telewizji publicznej - to nie sposób nie zapytać, co ich aż tak
ubodło? Wygląda na to, że zapalnikiem nie była teza o zdradzie
Geremka (takie tezy prawica głosi już od dawna), ale sam fakt
zaprezentowania szerszej opinii publicznej znanego podobno od 15 lat
dokumentu. Bo jeszcze ta opinia mogłaby sobie wyrobić własną opinię...
Aby temu zapobiec, Adam Leszczyński,
jeden z najtęższych mózgów tzw. młodej lewicy, błyskotliwie
rekonstruuje tok myślenia swych idiotycznych przeciwników: tylko
przez zdradę elit, najpierw w 1981 r., potem przy Okrągłym Stole,
katolicki Naród Polski nie chce dziś głosować na prawicę, na którą
oczywiście każdy Polak w naturalny sposób powinien głosować. Aż strach zgadywać, jakie nieidiotyczne, choc z góry ustalone tezy wyznają mniej tęgie lewicowe umysły.
środa, 30 listopada 2011
Prawo i Sprawiedliwość Henryki Krzywonos
Fascynująca jest argumentacja,
jakiej używają Henryka Krzywonos i jej otoczenie w odpowiedzi na pozew
sądowy posła Kaczmarka. Legendarna tramwajarka (bo zdaje się, że o
niczym innym jak o legendzie nie ma tutaj mowy), wypowiadając się przed
wyborami o "agencie Tomku", użyła sformułowania: jest to bezczelny
facet, który mało tego, że skrzywdził kobiety, naciągał i nie do końca
mu się udało je naciągnąć, ale wykorzystał to w bezczelny sposób,
szczyci się tym i teraz startuje w wyborach (...); dla mnie jest, przepraszam, ale dnem, które skrzywdziło ludzi.
Poseł Tomek nie żąda odszkodowania,
wystarczą mu przeprosiny, a że nie uzyskał ich polubownie, to wystapił
na drogę sądową. I oto okzauje się, że sam fakt zgłoszenia pozwu jest równoznaczny z uznaniem siebie (a nie strony pozwanej) za winnego: to dobrze zrobił, winni się tłumaczą - oceniła sytuację Krzywonos.
Jej mąż, jakby przeczuwając nieuchronną
porażkę, już zaczął wyjaśniać, że nie należy uznawać takiego wyroku, bo
prawo bywa niesprawiedliwe, a ten, kto niesłusznie działa w granicach prawa, powinien stawiać się na równi z komunistycznymi świniami. Henryka
Krzywonos zawsze mówi prawdę (...) i zło nazywa złem, nawet jeśli ktoś
czyniąc to zło podpiera się prawem. Znamy takie przypadki, że w latach
osiemdziesiątych też podpierano się prawem czyniąc zło wielu ludziom.
Prawo nie zawsze okazuje się sprawiedliwe.
Ciekawe to stwierdzenie w obronie byłej
działaczki Unii Wolności i przedstawicielki środowiska, które liczne
nadużycia okresu transformacji kwitowało stwierdzeniem dura lex, sed lex. Byc może chodzi o to, że nie
wszyscy mają odpowiednie kwalifikacje moralne, by móc orzekać, który
czyn trzeba uznać za niegodziwy mimo jego zgodności z prawem. Henryka
Krzywonos ma, bo ona zawsze mówi prawdę, całą prawdę i tylko prawdę...
Na pełnomocników legendarna tramwajarka wyznaczyła sobie nie byle kogo, bo ludzi krystalicznie czystych i brzydzących się kłamstwem, czego najlepszym przykładem jest troska Jaromira Netzla o podwładnych: nie mogą wiecznie potwierdzać nieprawdy. Panowie Netzel i Janusz Kaczmarek rozpoczęli od odwleczenia procesu, bo nie zdążyli się zapoznać z aktami, a przy okazji zasugerowali, że wiedzą o pośle Kaczmarku coś, czego ten wolałby nie ujawniać: liczymy
na refleksję strony powodowej i mamy nadzieję, że poseł zastanowi się
nad tym, czy proces w tym kształcie jest zasadny w jego obecnej
sytuacji i podejmie stosowne decyzje procesowe. Nie ukrywam, że bardzo
na to liczymy.
Najwyraźniej trudno liczyć na to, że Henryka Krzywonos przeprosi dobrowolnie albo obroni się w procesie.
|
Zakładki:
blogi osobliwie osobiste
Blogi poniekąd dyskusyjne
JAJECZNICA
KRZYKACZEK
|