O tym, co czytam, słucham i oglądam w mediach. I zamiast miotać w przestrzeń przekleństwa, wolę odreagować kulturalnie przy użyciu bloga.
Kategorie: Wszystkie | Zaparcia
RSS
piątek, 04 maja 2012
Koko Kaczor spoko

Oto wreszcie mamy wyczekiwane narodowe święto: pojawiła się okazja, by pryncypialnie zrugać Kaczyńskiego. Jak Polska długa i szeroka, zastępy ekspertów od stosunków polsko-ukraińskich pouczają, jak należy postępować, by Ukraina wypięła się na Rosję i rzuciła w objęcia Zachodu.

Mało który z onych ekspertów przy tym zauważa, że dotychczasowa polityka zagłaskiwania Ukrainy wydaje się nie przynosić zamierzonych efektów. Krajem tym rządzi ekipa sukcesywnie zacieśniająca relacje z Moskwą, po Pomarańczowej Rewolucji pozostało tylko wspomnienie, a Flota Czarnomorska nie zostanie wycofana w dającej się przewidzieć przyszłości. Na dodatek zdradziliśmy ofiary ludobójstwa na Wołyniu, pozwoliliśmy na zastraszanie świadków tamtych wydarzeń i na odrodzenie kultu Bandery i UPA, a jakby tych historycznych porażek było mało, daliśmy się wmanewrować w radziecko-ukraiński trick zmuszający nas do podpisania nowej umowy gazowej z najwyższą stawką w całej UE. Ale polska "debata publiczna" ma to do siebie, że zadowala się cierpliwym klepaniem dobrze znanych mantr, a rozważania, czy np. do polityki marchewki dla Ukrainy nie dołożyć czasami kija, zbywa wyniosłym milczeniem.

Równie urocze jest oburzenie, z jakim wielu komentatorów zauważa, że Kaczyński działa w interesie swojej partii, a nie kraju. Czy wy się wczoraj urodziliście??? Toć każdy polityk działa w interesie swoim i partii; wzniesienie się ponad to jest wyjątkiem, a nie regułą. Od nas - wyborców, i od nich - dziennikarzy zależy, czy interes partii będzie zbieżny z naszym interesem. Tak się akurat dziwnie składa, że gdy społeczeństwo jest podzielone, to szansa na tę zbieżność maleje. Tymczasem wśród krytyków Kaczyńskiego mnóstwo jest takich, którzy przykładali rękę do rozpętywania idiotycznej histerii w 2005 i dwóch kolejnych latach, a potem jeszcze utrwalili podziały haniebną narracją posmoleńską. Są i tacy, którzy dzięki tym podziałom rządzą już drugą kadencję, mimo że śmiało mogą pretendować do tytułu króla Midasa na opak. Dziś wzywają do jedności i dbania o rzeczy najważniejsze dla kraju: o niczym niezmącone igrzyska.

Że Kaczyński też zyskuje na podziałach? Owszem. Ale jeśli tak bardzo chcecie, żeby polska racja stanu wzięła górę nad wewnętrznymi rozgrywkami politycznymi, to pokażcie najpierw, co robiliście, aby te podziały zakopać. Czy potępialiście tych, którzy na trupie Barbary Blidy robią karierę polityczną? Naciskaliście na rząd, aby rzetelnie zbadał katastrofę smoleńską? Piętnowaliście nierówne traktowanie obu głównych partii w mediach? Oburzaliście się, gdy sugerowano, że PiS chce zniszczyć demokrację?

Nie? To czemu nagle się dziwicie, że polityczne i społeczne podziały uniemożliwiają naszym reprezentantom mówienie jednym głosem?

czwartek, 03 maja 2012
Piłka: najważniejsza powinność obywatelska Polaków

Koncentracja uwagi publicznej na piłce w tym okresie [Euro 2012] jest bardzo ważna, jest obywatelską powinnością - pouczył poddanych przedstawiciel koalicji rządzącej. Jakby chciał powiedzieć: nie będzie chleba, ale będą przecież igrzyska; protestując przeciw władzy, która odbiera ci chleb, uderzasz w podstawy polskiej państwowości.

Najjaśniejszy Spod Żyrandola uzupełnił: są rzeczy ważne, ważniejsze i najważniejsze. Uważam, że najważniejsze jest nie psuć polskiego święta związanego z wielkim, międzynarodowym wydarzeniem, jakim jest Euro 2012. Jakby chciał powiedzieć: protestując w czasie komercyjnej imprezy organizowanej przez prywatną szwajcarską federację, uderzasz w najważniejsze dla polskiej państwowości priorytety.

Tak, wiem, moje komętaże są dziś wyjątkowo płytkie. Trudno wymyślić coś bardziej absurdalnego od cytowanych tu wypowiedzi. Spróbuję więc może chociaż coś konstruktywnwgo.

Oto minister finansów pouczył prof. Balcerowicza, co jest jego obywatelską powinnością: zdjąć licznik długu publicznego. Bo jest oczywistą oczywistością, że dług będzie stale rósł - takie zrządzenie Boże i nic na to nie poradzimy. Istotną liczbą jest - zdaniem Ministra Tysiąca Imion - stosunek długu publicznego do PKB, oczywiście liczony według jego kreatywnej metodologii. I właśnie taki licznik - pokazujący jaka jest relacja długu do PKB - byłyby najlepszym i najbardziej skutecznym rozwiązaniem. Taki licznik mógłby w Polsce wisieć bez przerwy - stwierdził Rostowski.

Ja mam lepszą propozycję: zliczajmy, ile nas ten dług kosztuje. Chyba nie każdy zdaje sobie sprawę, że "statystyczny" Polak - pracujący, emeryt, noworodek - co roku wyciąga z kieszeni ponad tysiąc złotych na same tylko odsetki od długu publicznego. Zatem każdego roku 1. stycznia można by zaczynać od zera odliczanie zapłaconych odsetek. A obok dla porównania umieścić kwotę, jaką przeciętny Polak przeznaczył np. na WOŚP. Czy taki licznik też mógłby wisieć bez przerwy, panie Rostowski? A może raczej są rzeczy ważniejsze i najważniejsze, powinności obywatelskie, którymi należy przysłonić liczniki niemające już sensu?

wtorek, 24 kwietnia 2012
Testerzy narracji politycznych

W czasach przesytu informacjami, w budowaniu wizerunku zwyciężać będą mistrzowskie narracje. Już dziś współtworzą one zwycięskich polityków - przekonuje Eryk Mistewicz. Pytanie tylko, po czym poznać, że narracja jest mistrzowska. Skąd polityk ma wiedzieć, że jego narracja wytrzyma próbę krytyki, dopóki nie zastosuje jej w praktyce? To proste: wystarczy przetestować ją w Salonie24!

Nie od dziś wiadomo, że za niezbyt duże pieniądze można wynająć studentów albo zatrudnić partyjną młodzieżówkę do pisania komentarzy na forach. Czemu więc nie użyć podobnej metody do przetestowania zestawu próbnych narracji, wysondowania ich słabych punktów, sprawdzenia reakcji oponentów politycznych? Wystarczy wrzucić wyprodukowane opowieści jako notki na blogowisku politycznym, lub - o wiele lepiej! - komentarze pod notkami promowanymi na stronie głównej, a uczestnicy badania pojawią się sami i za darmo. Mam nieodparte wrażenie, że przy budowaniu wizerunku choćby katastrofy smoleńskiej partia rządząca posługuje się właśnie takimi metodami.

Niedawno gościłem na blogu gorliwego dyskutanta, którego zapał był tak duży, że kazał mu wklepać na S24 coś koło pół tysiąca komentarzy, a równocześnie tak mały, że nie pchnął go do napisania choćby jednej własnej notki. Gdy mu się znudziło, zabrał swe zabawki i opuścił piaskownicę, pozostawiając poszatkowane płomienne dyskusje. Gdzie indziej można znaleźć polemistów, którzy po długiej wymianie zdań wydają się nie pamiętać, jakiej narracji bronili na początku, i choć nadal z tych samych pozycji, to posługują się już jakby inną opowieścią. Raz są dobrze zorientowanymi w temacie pasjonatami polityki, innym razem naiwnymi konsumentami telewizyjnych wiadomości, którzy ufnie chłoną przekaz z rozsądnych mediów. Jeszcze inni potrafią wrzucić w komentarzach coś, co już na piewrwszy rzut oka wygląda jak partyjny przekaz tygodnia: szereg stwierdzeń bez wyraźnego ciągu logicznego, wiele nawet bez związku z komentowaną notką, za to często kontrowersyjnych, prowokujących autora notki lub innych dyskutantów do odpowiedzi.

Ciekawi mnie, jakie są kryteria oceny narracji i wyboru tych najlepszych. Nawet pomyślałem, by zatrudnić się jako tester narracji i połączyć przyjemne z pożytecznym: dowiedziałbym się czegoś o technikach nowoczesnej polityki, pośmiał z frajerów, którzy będą marnować czas odpowiadając na moje prowokacje, no i trochę dorobił. Niestety, nie ma ogłoszeń o pracę w takim zawodzie. Ten zawód nie istnieje. Istnieje wiele egzotycznych zawodów, jak choćby ciągacz drutu, ale ten - oficjalnie nie. Czyżby piarowcy zatrudniający testerów narracji wstydzili się swej profesji bardziej, niż np. pracodawcy szukający koleżanek do agencji?

czwartek, 19 kwietnia 2012
Tzw. młodzi, wykształceni, z dużych miast - rasistami?

W poprzedniej notce pisałem o fałszu stereotypowego obrazu wyborców PiS - ludzi rzekomo słabo wykształconych, biednych, nieorientujących się we współczesnym świecie, źle radzących sobie w rynkowej rzeczywistości i przez to sfrustrowanych. Pokazywałem, jak w upowszechnianie takich nieprawd angażują się "autorytety" w rodzaju Alesandra Smolara czy prof. Markowskiego. Nie analizowałem, dlaczego ich bzdurzenia trafiają na tak podatny grunt.

Dziś mały przyczynek do takiej analizy. Kanadyjscy naukowcy przeprowadzili badania, które w sposób politycznie poprawny interpretują w kontekście rasizmu i homofobii, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by dokonać własnej interpretacji. Otóż zdaniem Kanadyjczyków dumę można podzielić na autentyczną i arogancką. Autentyczna duma wywodzi się z ciężkiej pracy i rzeczywistych osiągnięć, natomiast arogancka duma jest konsekwencją siły, pieniędzy i dominacji. Najnowsze badanie dostarczyło dowodów na to, że autentyczna duma sprzyja wzmacnianiu pewności siebie, która skutkuje większą empatią wobec innych, a w związku z tym osłabia nasilenie dyskryminacyjnych przekonań. Z kolei arogancka duma, związana z poczuciem wyższości zmniejsza nastawienie empatyczne i wzmaga dyskryminacyjne przekonania wobec stygmatyzowanych grup.

To, że ktoś jest młody i pochodzi z dużego miasta, nie jest jego zasługą ani osiągnięciem. Wykształcenie - w wielu przypadkach również nie, bo zdobyć je jest dziś banalnie łatwo. Poczucie siły i dominacji są aż nadto widoczne przy akcjach w rodzaju odbierania babci dowodu, pakowania Giertycha do wora czy układania krzyży z puszek po zimnym Lechu. Potrzeba już tylko usprawiedliwienia dla takiej postawy, a więc grupy, którą da się stygmatyzować i traktować z poczuciem wyższości.

Cyngle i autorytety "Gazety Wyborczej" dobrze wiedzą, co robią, gdy realizują owo zapotrzebowanie, świadomie przekłamując fakty. W imię własnych interesów politycznych sprytnie podkręcają poziom agresji w polskim społeczeństwie, by za chwilę załamywać ręce nad wojną polsko-polską, wywoływaną przez Kaczyńskiego...

niedziela, 15 kwietnia 2012
Prawdy wiary MAK-Donaldystów. #1

Strategia speców od MAK-Donaldyzacji pamięci smoleńskiej opiera się na intensywnym upowszechnianiu kliku banalnych przekłamań, ktore razem utrzymują podatne umysły w stanie niewzruszonego przekonania o prawdziwości wersji wydarzeń podanej do wierzenia w 2010 roku. Jednym z takich memów jest twierdzenie, że osoby kwestionujące oficjalną wersję robią to z powodu zagubienia w świecie, nieradzenia sobie z rzeczywistością, sfrustrowania, lęków, słabego wykształcenia, niemożności pogodzenia się ze smutną "prawdą" itd.

Garść takich cytatów dostarcza niezawodna "GW". Oto w dialogu największego mózgu michnikowszczyzny z największą cynglą tej grupy można przeczytać, że źródła wiary w teorię zamachu [leżą] w sytuacji społecznej, ekonomicznej, moralnej tych ludzi. [...] Wolałbym mówić o części społeczeństwa polskiego, tej, która ma poczucie bezradności, kompleksu liliputa, nie potrafi sobie dać rady z rzeczywistością i w której teorie spiskowe bardzo często są niezwykle popularne. W każdym społeczeństwie są grupy bardziej wrażliwe na takie interpretacje, bo rzeczywistość ich przerasta, czują się wobec niej tak bezsilni, że szukają monstrualnych mechanizmów tej rzeczywistości. [...] No i można przynajmniej okazywać im szacunek i dobrą wolę w poszukiwaniu innych źródeł ich lęków i frustracji.

W kolejnej rozmowie ta sama cyngla uzyskuje analizę psychologiczno-socjologiczną "ludu smoleńskiego" od profesora politologii. To się silnie wiąże ze społecznym upośledzeniem, nierównościami społecznymi. [...] działa ogromny spisek przeciwko tym ludziom, którzy zostali odtrąceni, a makiaweliczne elity, komuchy z liberałami i Putinem mordują uczciwych patriotów. Ten smoleński syndrom tworzy uniwersum pojęć, wartości, znaków. Ludzie w tym żyją i czują się komfortowo, bo na racjonalne myślenie ich nie stać. Z badań dla ''Gazety'' wynika, że w zamach smoleński wierzy dwuipółkrotnie więcej Polaków z niższym wykształceniem niż wyższym. Ludzie myślący o świecie w sposób nieskomplikowany lubią teorie spiskowe. [...] Ale te 18 proc. jest tak omotane codziennymi bajkami dziadka Antoniego, tam niestworzone dzieje pisane są codziennie. Lud raz zainteresowany bajkami trzeba na nowo karmić podobnymi lub dalszym ich ciągiem. [...] zaniechaliśmy dialogu z ludźmi, którzy sobie nie dają rady. Gdybyśmy sobie lepiej radzili z tłumaczeniem im rzeczywistości, reguł gry w gospodarce i wielu innych skomplikowanych rzeczy - tak jak kiedyś umiejętnie robił to Jacek Kuroń - dziś mieliby mniejszą pokusę, by wierzyć w te absurdalne historyjki. [...] Polskie Generalne Studium Wyborcze, które robiliśmy kilka miesięcy temu, pokazuje, że elektorat PiS-u jest niezwykle osamotniony, kulturowo i ze względu na wartości, jakie wyznaje. [...] PiS jest groźny, bo może doprowadzić albo do destabilizacji polskiej demokracji, albo tak nakręci agresję, że im się to wymknie spod kontroli. Jeśli PiS po raz siódmy przegra wybory, to ta frustracja może znaleźć ujście w krwawych zamieszkach.

Prof. Markowski przezornie woli nie rozróżniać wiary w zamach od przekonania o możliwości zamachu. Jego bogate źródła naukowe składają się z badań wykonanych dla "GW", dotyczących najwyraźniej wykształcenia tylko jednej grupy, oraz ze studium wyborczego, opisującego wyznawane wartości i kulturę. To wystarcza mu do postawienia diagnozy psychologicznej i prorokowania krwaych zamieszek. Głęboko wierzy w prawdziwość raportu Millera, ale odrzuca jego zasadniczą tezę, że złe wyszkolenie pilotów było jedną z głównych przyczyn katastrofy (może chodzić o ukrywanie tego, co się działo w 36. specpułku [...] Ale przecież nie jest to przyczyną tej akurat katastrofy). Wreszcie przygważdża czytelnika, przedstawiając wątpliwą w kilku punktach spekulację (nazywa to zabiegiem logicznego myślenia) i oznajmiając, że jeśli ktoś się z nim nie zgadza, to nie szanuje własnego intelektu.

Czy po takiej tyradzie można coś jeszcze dodać? Cóż, można sięgnąć do innej rozmowy zamieszczonej, o dziwo, w tej samej gazecie. Prof. Grabowska, w przeciwieństwie do dwóch poprzednich rozmówców, znacznie chętniej odwołuje się do wyników badań i może właśnie dlatego kreśli zupełnie inny obraz. Co prawda jest to obraz wyborców PiS, nie "ludu smoleńskiego", ale - jak wiemy - to jedno i to samo. PiS nie popierają wyłącznie sami starzy, źle wykształceni i biedni ludzie. Zdecydowana większość zwolenników tej partii to nie są ludzie "wykluczeni" w żadnym sensie, który jest uchwytny w sondażach. [...] Blisko połowa wyborców PiS ma wykształcenie średnie lub więcej, co niewiele odbiega od polskiej przeciętnej. Nie tylko ludzie z wykształceniem podstawowym głosują na PiS. [...] Spośród pracujących wyborców PiS aż 18 proc. to ludzie kwalifikujący się do kategorii "kadra kierownicza i specjaliści z wyższym wykształceniem". Nie jest to większość, ale jest to znacząca kategoria tego elektoratu. Rolników jest w nim niewiele więcej, bo 22 proc. [...] Ponad jedna trzecia ocenia własne warunki materialne jako dobre, a ponad połowa jako średnie. To nie są wykluczeni w sensie ekonomicznym. Z rozpowszechnionego stereotypowego wizerunku prawdziwe jest tylko jedno - wśród wyborców PiS dominują ludzie praktykujący regularnie i o prawicowych poglądach: to ponad dwie trzecie. [...] Mogą subiektywnie czuć się wykluczeni z bliżej nieokreślonego "głównego nurtu": medialnego, politycznego. [...] To ważne: wyborcy PiS widzą życie społeczne - we wszystkich wymiarach - w bardziej ciemnych barwach niż reszta. [...] Co ciekawe, ci ludzie mówią "mnie się dzieje nieźle, ale w kraju się dzieje źle". "Zarabiam w miarę dobrze, ale gospodarka idzie fatalnie".

A zatem wyborcy PiS zasadniczo tym się różnią od pozostałych, że nie wpisują się w nurt "jest super, jest super, więc o co ci chodzi". Pytanie, czy robią tak dlatego, że z tych samych faktów wyciągają bardziej pesymistyczne niż inni wnioski - czy może do ich świadomości dociera inny, mniej optymistyczny zestaw faktów, niż np. do MAK-Donaldystów? Otóż po rozmowach z ludźmi, którzy są targetem zabiegów piarowskich premiera i wspierających go mediów, skłaniam się raczej ku tej drugiej opcji. To naprawdę ciekawe doświadczenie posłuchać, jak ludzie święcie wierzący w wersję z 2010 roku nie zauważyli, że stenogramy IES poddały w wątpliwość tezy o obecności gen. Błasika w kokpicie, o użyciu radiowysokościomierza, o zderzeniu z drzewami.

No ale trudno to dostrzec, jeśli treści tych stenogramów nie przyjęło się do wiadomości...

PS. Z bajką #2 celnie rozprawił się na swoim blogu j.k.50.

sobota, 14 kwietnia 2012
Czy prokuratorzy są funkcjonalnymi analfabetami?

Przedstawiciele Prokuratury Generalnej i Naczelnej Prokuratury Wojskowej wystosowali komunikat w sprawie katastrofy smoleńskiej, w którym zapewniają m. in., że polscy biegli przy użyciu najnowocześniejszych metod sporządzili opinię fizykochemiczną. Badaniom poddano przedmioty osobiste i odzież ofiar katastrofy. Nie wykazały one śladów użycia jakichkolwiek materiałów wybuchowych.

Skoro mowa o tylko jednej opinii, to zapewne chodzi o tę sporządzoną dla Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie, którą można znaleźć w okolicach strony 300 załącznika nr 4, dostępnego na stronach MSWiA. Jak już kiedyś zauważył ndb2010, badania zostały przeprowadzone tylko na występowanie niektórych substancji wchodzących w skład ładunków konwencjonalnych, [...] wykryto obecność węglowodorów alifatycznych, naftenowych i aromatycznych zawierających w cząsteczce od 8 do 14 węgli, [...] związki te są pozostałością paliwa lotniczego a ich obecność jest najprawdopodobniej następstwem wypadku lotniczego. Słowo „najprawdopodobniej” zostało „najprawdopodobniej” użyte gdyż związki te są także składnikiem bomby paliwowo-powietrznej. Na dodatek przeprowadzający badania Wojskowy Instytut Chemii i Radiometrii nie ma akredytacji do badań na obecność materiałów wybuchowych oraz węglowodorów (składników paliwa lotniczego i broni termobarycznej oraz paliwowo-powietrznej).

Czy wniosek, iż nie stwierdzono śladów użycia jakichkolwiek materiałów wybuchowych oznacza, że wojskowi prokuratorzy umieją równie skutecznie zrozumieć czytany tekst, co palnąć sobie w łeb? Czy może po prostu prowadzą własną grę polityczną? Jedna i druga możliwość każe z rezerwą podchodzić do wyników ich prac.

piątek, 06 kwietnia 2012
Najbardziej niemoralny podatek

Gdy fiskus przyłapie kogoś na dochodach z nielegalnego źródła - ze stręczycielstwa, handlu narkotykami, korupcji czy płatnych morderstw - ale nie ustali dokładnego pochodzenia majątku, to opodatkuje podejrzany przychód stawką 70%. Słusznie, w końcu lewe pieniądze pochodzą zapewne z działalności moralnie wątpliwej. Stopa 70% robi wrażenie, ale w hierarchii czynności najbardziej potępianych przez państwo i niegodziwych jest coś, co bije wspomniane procedery na głowę. Rzecz tak niesłychanie gorsząca i niemoralna, że stawka podatku potrafi wynosić 100%, 200%, a nawet i więcej. Ba, podatek należy zapłacić również od poniesionej straty, jeśli tylko ktoś ośmielił się trudnić owym niecnym procederem.

Tym procederem jest założenie lokaty bankowej. Podatek liczony jest od wzrostu wartości nominalnej - niezależnie, o ile wzrosła lub zmalała siła nabywcza ulokowanych pieniedzy, czyli ich wartość realna. Rzecz jasna wartość nominalna nie ma nic wspólnego z realnymi zyskami z lokaty, szczególnie w sytuacji, gdy stopa inflacji jest zbliżona do oprocentowania lokat. Opodatkowanie realnych, a nie nominalnych zysków byłoby czynnością banalną pod względem technicznym - zważywszy, że podatek jest obliczany i odprowadzany przez bank, a lepsze lub gorsze miary inflacji są regularnie publikowane przez GUS i NBP. Należy więc odrzucić tezę, że wprowadzenie horrendalnie wysokich stawek podatkowych wynikło z głupoty. Owszem, większość posłów zapewne klepnęła takie zapisy nie rozumiejąc ni w ząb, za czym głosują. Ale już twórcy tych uregulowań dobrze wiedzieli, czym będą skutkować i bez wątpienia działali w zamiarze ukarania drobnych ciułaczy za to, że ciułają zamiast oddać się konsumpcji na kredyt.

Ktoś mógłby oponować, że inflacji nie da się przewidzieć, że atakuje nas znienacka, że winne są wysokie ceny ropy i żywności na świecie. Nieprawda. Inflacja jest wywoływana świadomie i z premedytacją przez banki centralne i rządy. Oczywiście rządzący będą gorliwie zarzekać się, że z całych sił walczą z inflacją (przypomina się definicja socjalizmu jako systemu, który bohatersko walczy z problemami gdzie indziej niewystępującymi), premier z troską w głosie zapewni, że inflacja, czyli wzrost cen, to jest coś, co nas wszystkich bardzo dotyka i bardzo się tym przejmujemy, a minister finansów zadeklaruje, że od dłuższego czasu wspieramy Narodowy Bank Polski w jego walce z tą inflacją. Powiedzmy to jasno: bezczelnie łżą. Przytoczę urywki licznych artykułów, które dobrze wyjaśniają genezę inflacji.

* * *

Inflacja jest formą podatku, który można nałożyć bez ustawy” – mawiał Milton Friedman. [...] ponieważ współczesny pieniądz jest kontrolowany przez państwo, to przedstawiciele władz ponoszą główną odpowiedzialność za postępującą utratę jego wartości. [...] Zasób pieniądza w Polsce na koniec listopada wyniósł 763,35 miliarda złotych. [...] W ciągu 12 miesięcy suma ta zwiększyła się o 9,1%, czyli o 63,5 mld złotych. W tym samym czasie wartość wszystkich dóbr i usług finalnych wytworzonych w Polsce (czyli PKB) zwiększyła się nominalnie o ok. 4,7%.

Inflacja jest ogromną siłą destrukcyjną dla naszego majątku i działa z mocą procenta składanego, który Albert Einstein uznał za największy wynalazek ludzkości. By to udowodnić, wystarczy posłużyć się prostą symulacją: gdyby NBP każdego roku realizował cel inflacyjny (czyli ustawowe 2,5%), to w ciągu dekady siła nabywcza złotego zmniejszyłaby o 21,9%. Po niespełna 30 latach wartość naszych oszczędności (na przykład emerytalnych) spadłaby o połowę. W ten sposób nasz bank centralny dba o „stabilność pieniądza”. Opisując czasy Cesarstwa Rzymskiego, historycy rozpaczali nad procederem „psucia pieniądza” (obecnie nazywamy go właśnie inflacją), w wyniku którego w ciągu dwustu lat siła nabywcza rzymskiej waluty spadła o 95%. Oznaczało to roczną inflację rzędu zaledwie 1,5%. [warto dopowiedzieć, że dla prezesa Belki utrzymywanie inflacji na poziomie celu 2,5% byłoby i tak niebezpiecznymn eksperymentem, prowadzącym do zduszenia gospodarki - przyp. darq]

Trzeba pamiętać, że rzeczywista inflacja może być dużo wyższa od oficjalnej. [...] Rządom, które mają problemy z zadłużeniem, [...] na rękę jest zaniżanie inflacji. Pozwala to pokrywać część wydatków przez emisję dodatkowych pieniędzy. Co więcej, ponieważ koszty inflacji ponoszą głównie obywatele, przez niektórych nazywana jest "ukrytym podatkiem". W internecie można znaleźć niezależne organizacje podające własne wyliczenia utraty wartości pieniądza, takie jak amerykański Shadow Government Statistics. Według serwisu prowadzonego przez ekonomistę Johna Williamsa rzeczywista stopa inflacji bazowej w USA od początku lat 1990. zaczęła coraz bardziej przewyższać tę oficjalną a obecnie jest ponad dwukrotnie wyższa i wynosi nie między 4 a 5 proc. lecz 11-12 proc. [...] Już od ośmiu miesięcy realna stopa zwrotu oferowana przez banki na lokatach jest ujemna. Chociaż pozornie można na nich zyskać nawet 6 proc. to po uwzględnieniu podatku od zysków kapitałowych (19-procentowego tzw. "podatku Belki") oraz właśnie stopy inflacji, czyli na dzisiaj 4,3 proc. okaże się, że na depozytach zakładanych w październiku 2010 roku można było średnio zarobić -0,47 proc. Oznacza to, że odkładając w banku 1000 złotych rok temu, dzisiaj realnie będziemy mieli 995 złotych. [...] W warunkach wysokiej inflacji zadłużeni odnoszą korzyści, podczas gdy osoby oszczędne obserwują jak ich majątek topnieje w oczach.

Straty Polaków tylko w tym roku liczone są w miliardach złotych, a każdy z nas codziennie pada ofiarą inflacji. Co miesiąc każdemu pracownikowi otrzymującemu minimalne wynagrodzenie Drozilla zabiera prawie 50 złotych, co w skali roku daje kwotę 590 złotych. To faktyczny podatek inflacyjny pobierany od każdego posiadacza polskiej waluty. [...] Największym beneficjentem inflacji niemal zawsze jest państwo, które współcześnie jest największym dłużnikiem w kraju i które odnosi bezpośrednie i natychmiastowe korzyści ze wzrostu cen w postaci wyższych wpływów podatkowych.

Jak wyliczyła katedra ekonometrii i statystyki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, wskutek wprowadzenia opłat na wielu odcinkach dróg koszt przejechania 1 km tirem zwiększy się niemal dwukrotnie – z 8 do 15 gr. W skrajnych przypadkach koszty transportu po pełnym wdrożeniu systemu viaTOLL drastycznie wzrosną. [...] Wyższe koszty transportu automatycznie przełożą się na ceny towarów, głównie żywności. – Udział transportu w cenie żywności zawiera się w przedziale 2 – 7 proc. Jeśli wskutek e-myta transport istotnie podrożeje, udział ten może się zwiększyć nawet do 4 – 14 proc.

W Polsce za inflację i wzrost cen odpowiedzialny jest Narodowy Bank Polski, który poprzez decyzje podejmowane przez Radę Polityki Pieniężnej pośrednio kształtuje ilość dostępnego pieniądza. Obecnie polskiej waluty przybywa w tempie 10% rocznie. W tym samym czasie gospodarka rozwija się w tempie niższym niż 5% rocznie. Różnica pomiędzy tymi wartościami jest faktyczną miarą inflacji, rozumianej jako proces spadku siły nabywczej pieniądza. Rosnące ceny są tylko odzwierciedleniem skali procesów inflacyjnych i nie stanowią inflacji samej w sobie. To nie rosnące ceny napędzają inflację, tylko inflacja napędza wzrost cen.

Ano właśnie. Rewolucja semantyczna  zmieniła znaczenie słów inflacja oraz deflacja, które odnosiły się do podaży pieniądza. Dziś używa się ich do określenia wzrostu lub spadku cen towarów oraz płac. Owa zmiana znaczeniowa ma istotne następstwa, gdyż odgrywa dużą rolę w kształtowaniu się przychylnego nastawienia do inflacjonizmu. Co ciekawe, wikipedysta zaczerpnął nową definicję inflacji (wzrost ogólnego poziomu cen) z pracy... Marka Belki. Celowe "pomylenie" skutku z przyczyną pozwala mierzyć inflację poprzez wzrost cen, a nie przez wzrost podaży pieniądza, publikowany na stronach NBP. Zabawne swoją drogą, że gdy antypisowi dziennikarze atakowali preseza NBP Sławomira Skrzypka, próbując wytknąć mu niewiedzę na temat agregatu M3, żadnemu nie przyszło do głowy, by porównać przyrost M3 z oficjalnymi miarami inflacji i dopytywać prezesa o te różnice. Byłyby z tego przynajmniej jakieś wnioski praktyczne, a nie tylko ordynarna naparzanka.

* * *

Wracając do meritum notki, wypada zauważyć, że konstrukcja podatku Belki przypomina styl działania najgorszych mafii albo ubeckich oprawców. Nie chodzi tylko o to, że pieniądze z lokat są najpierw po cichu wykradane przez NBP (pod wodzą Marka Belki), a potem przez MF przy pomocy podatku Belki. Perfidia polega na tym, że realna stopa podatku Belki jest tym większa, im więcej pieniędzy zabrano wcześniej oszczędzającemu w wyniku inflacji. W pierwszym etapie obywatel jest karany za to, że oszczędza. W drugim - za karę, że został ukarany w pierwszym. Mafia nie umie odpuścić, musi zgnoić ofiarę do końca. To najbardziej niemoralny podatek, jaki wymyśliła ludzkość.

Rezultat jest często taki, że realna stopa podatku przekracza 100%, a więc lokata zamiast przynosić zyski, kończy się stratą. Tylko co ósma lokata roczna, założona rok temu, dała realny zysk wyższy niż inflacja - alarmował dziennikarz ekonomiczny "GW". Podobnych doniesień było w mediach na pęczki, cytować nie ma sensu, wstawię tylko garść linków: link link link link link link link link link.

Jaka jest więc reakcja mafii na fakt, że jedynie lokaty antybelkowe pozwalały realnie cokolwiek zarobić? Jak dobrze wiemy, od kilku dni zablokowano możliwość unikania podatku Belki. Według pierwotnych szacunków ma to przynieść budżetowi państwa 380 mln PLN rocznie, w innych doniesieniach pada kwota 800 mln. Tak czy inaczej nie są to oszałamiające sumy dla budżetu, ale przytoczona wyżej zasada działania mafii wyjaśnia, dlaczego musiano zamknąć tę furtkę. Któryś z mafiozów pokusił się nawet o stwierdzenie - ależ trzeba mieć tupet! - że unikanie podatku Belki było nieetyczne, więc trzeba ścigać banki nadal oferujące niegodziwe produkty w rodzaju polis oszczędnościowych.

Co na to czwarta władza? Oczywiście rzuciła się "kontrolować" rządzących. Dziennikarz "GW", który wcześniej pokazywał czytelnikom, jak bardzo potrzebujemy lokat-antybelekprzestrzegał, aby nie dać się złapać w pułapkę długich lokat, dziś przekonuje, że lokaty antypodatkowe kultywowały szkodliwe podejście do oszczędzania! Razem z szefem Związku Banków Polskich argumentuje, że w Polsce rozpaczliwie brakuje długoterminowych oszczędności [...] dzięki którym system bankowy byłby bezpieczniejszy i moglibyśmy finansować kredyty mieszkaniowe czy inne projekt inwestycyjne.

Czytelnik gazety, dla której pisze red. Samcik, zapewne nie zada pytania, w jaki niby sposób zmniejszenie realnych zysków do zera czy nawet do wartości ujemnych miałoby zachęcić kogokolwiek do długiego zamrożenia pieniędzy w tak wątpliwej inwestycji. A przecież jest dokładnie odwrotnie: tylko perspektywa długotrwałych realnych zysków, odpornych na inflację, może kogoś skłonić do założenia wieloletniej lokaty.

Czytelnik gazety, dla której pisze red. Samcik, zapewne również nie zauważy, jak okrutnie przedmiotowo traktują obywateli owi cwaniacy, dla których człowiek z jego oszczędnościami to tylko narzędzie służące realizacji światłych programów wymyślonych przez biurokratów oraz ułatwianiu życia na krechę tym, których oszczędności się jakoś nie trzymają. Obywatel-suweren, któremu państwo ma służyć, staje się dziś co najwyżej dojną krową, a myślenie w kategoriach jego dobra, sprawiedliwości czy uczciwości jest najgłębiej obce rządowym i medialnym funkcjonariuszom naszego coraz bardziej totalitarnego państwa.

niedziela, 11 marca 2012
Prezydencki Tu-154M jak polskie obozy koncentracyjne

Z niejasnych powodów określenie "prezydencki tupolew" budzi daleko mniejszy sprzeciw, niż "polskie obozy koncentracyjne". A przecież w kontekście nieprawidłowości przy organizowaniu lotów do Smoleńska jest to jawna manipulacja, próba wytworzenia u mniej uważnych odbiorców wrażenia, że odpowiedzialność za tragiczne w skutkach zaniedbania spada na prezydenta Kaczyńskiego i jego ludzi.

Piękny przykład mieliśmy w piątek, gdy "GW", wspierana przez szefa NIK Jacka Jezierskiego, wybiła grubą czcionką tytuł newsa dnia: "Prezes NIK: Samolot prezydenta Kaczyńskiego nie miał prawa lecieć do Smoleńska". W czołówce artykułu jeszcze dwukrotnie podkreślono konkluzję, że prezydencki Tu-154M nie miał prawa wykonać lotu do Smoleńska. Potem zaserwowano wykaz instytucji, które popełniły błędy: na pierwszym miejscu Kancelaria Prezydenta, na dalszych - litania instutycji podelgłych premierowi lub kontrolowanych przez jego partię. Wygląda to tak: Kancelaria Prezydenta, KPRM, Kancelaria Sejmu, Kancelaria Senatu, MON, Dowództwo Sił Powietrznych, 36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego, BOR oraz MSWiA i MSZ.

Czy mniej zainteresowany czytelnik skojarzy, co oznacza skrót KPRM, albo w ogóle dotrze do zaszystej w dalszej części artykułu sekcji "Kompletna partyzantka w KPRM"? Czy zwróci uwagę, że ani razu w artykule nie pojawia się pełna nazwa Kancelaria Prezesa Rady Ministrów? Czy zastanowi się, kto odpowiadał za techniczną organizację lotu prezydenta i jego bezpieczeństwo? Czy zatrzyma się przy suchym stwierdzeniu, że zdaniem kontrolerów NIK loty realizowane 7 i 10 kwietnia 2010 r. z Warszawy na lotnisko Smoleńsk-Siewiernyj odbyły się niezgodnie z procedurami? Czy zapyta, jak z tego stwierdzenia miałaby wynikać konkluzja o prezydenckim, a nie rządowym samolocie? Czy zauważy, że 7 kwietnia premier Tusk również nie miał prawa lądować w Smoleńsku? Czy zdziwi się, dlaczego w takim razie tytuł artykułu krzyczy tylko o "prezydenckim" tupolewie?

Oczywiście średnio uważny czytelnik wyłapie te wszystkie niuanse. Ale gdyby założyć, że czytelnicy są z reguły przynajmniej średnio uważni i czytają artykuły w całości, to powinni również - zarówno czytelnicy polscy, jak i zagraniczni - bez problemu rozumieć, co kryje się pod określeniem "polskie obozy koncentracyjne". A przecież od lat polskie władze konsekwentnie zwalczają przypadki jego użycia w zagranicznej prasie, czyż nie?

sobota, 10 marca 2012
CO2 - karty na stół

Chyba po raz pierwszy rząd Tuska podjął w polityce zagranicznej odważną, broniącą polskich interesów decyzję: zawetował unijny plan zmniejszania emisji CO2. Nie wiem, czy to początek zmian na lepsze, czy po prostu Tusk, widząc narastającą w kraju falę krytyki swego gabinetu, nie chciał się już bardziej podkładać. Na ocenę przyjdzie trochę poczekać, za to jeden nieoczekiwany efekt objawił się do razu: zieloni wyłożyli karty na stół. Wreszcie otwartym tekstem obwieścili, że celem ograniczania emisji CO2 jest keynesistowskie napędzanie niemrawych gospodarek Europy Zachodniej, uniezależnienie ich od importu surowców i zdobycie przewagi technologicznej w dziedzinie "zielonej energii" nad krajami rozwijającymi się.

Z trójki przedstawicieli tzw. organizacji ekologicznych, cytowanych przez PAP, tylko jedna osoba próbowała skryć prawdziwe intencje za frazesami o niewydolnym przemyśle węglowym, który sieje spustoszenie zarówno w obszarze zdrowia publicznego jak i środowiska. Oczywiście nie zająknęła się ani słowem, jaki wpływ ma wydobycie metali ziem rzadkich, wykorzystywanych przez czyste technologie energetyczne, na zdrowie publiczne i środowisko w Chinach. Pozostali mówili wprost. Europa bardzo potrzebuje uwolnić się od drogiego importu paliw kopalnych, które codziennie na wielką skalę uniemożliwiają ożywienie gospodarcze i bezpieczeństwo klimatyczne. [...] Takim uporem Polska może co najwyżej skutecznie zablokować sobie dostęp do unijnych funduszy, ale nie zablokuje klimatycznych ambicji Unii. Dzisiejsze spotkanie pokazało, że poza Polską cała Europa rozumie, że ochrona klimatu to nie tylko konieczność, ale i gospodarcza szansa na tworzenie nowych miejsc pracy i modernizację energetyki.

Polska powinna teraz za wszelką cenę dążyć do kontynuowania gry w otwarte karty. Dobrze wiadomo, że Unia odpowiada tylko za 7 proc. światowej emisji CO2. I jako jedyna przyjęła na siebie wiążące zobowiązania redukcji. Najwięksi emitenci - Chiny, USA i Rosja - nie kwapią się, by do UE dołączyć. Co więcej, sypie się protokół z Kioto: Kanada niedawno wystąpiła z protokołu z Kioto, a Japonia, która po katastrofie w Fukushimie zamknęła wszystkie elektrownie atomowe i ogromnie zwiększyła emisję CO2, prawdopodobnie zrobi to samo.

W efekcie rozwiązania, które miałyby nikły wpływ na zahamowanie globalnego ocieplenia, byłyby finansowane głównie przez najbiedniejsze kraje Europy, przede wszystkim Polskę. Dla krajów "starej Unii" byłby to jeszcze jeden program stymulacji gospodarki, niemający większego związku z ochroną środowiska. Skoro to już wszyscy dobrze wiedzą i wreszcie nie boją się przyznawać, to kolejna runda negocjacji powinna zacząć się od uczciwego postawienia sprawy. Dla Zachodu tzw. polityka klimatyczna to szansa na dobry interes, dla nas jedynie pokaźne straty. I jednym, i drugim chodzi tu o pieniądze.

Skoro więc mowa o pieniądzach, to w ich kontekście bardzo często słychać o Europie dwóch, a nawet trzech prędkości. Polityka klimatyczna to idealna dziedzina do wdrożenia tego hasła w życie. Niech sobie kraje rozwinięte modernizują energetykę, a my sobie wydobywajmy węgiel, powracając w ten sposób do pierwotnej koncepcji Europejskiej Wspólnoty Węgla i Neodymu. :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33
Potrzebna pomoc dla TARY