O tym, co czytam, słucham i oglądam w mediach. I zamiast miotać w przestrzeń przekleństwa, wolę odreagować kulturalnie przy użyciu bloga.
Kategorie: Wszystkie | Zaparcia
RSS
niedziela, 29 stycznia 2012
Wyznawcy teorii bajkowych

Nudna-Teoria przytacza artykuł o zwolennikach teorii spiskowych, kończący się konkluzją, że teorie spiskowe bazują na pojedynczym założeniu: z reguły, że rządy lub inne potentne grupy maskują prawdę. Samemu zaliczając się do tej grupy, muszę przyznać rację. Trochę jednak rozszerzyłbym to założenie, czerpiąc ze spostrzeżeń kanclerza Bismarcka, że ludzie nie powinni widzieć, jak się robi kiełbasę i politykę, oraz ojca kapitalizmu, Adama Smitha, że działania ludzi (a więc i rządów), wynikają częściej z pobudek egoistycznych niż z altruizmu czy imperatywu moralnego, a światem rządzi pieniądz i chęć zysku.

Politycy i funkcjonariusze służb są tylko ludźmi, i to specyficznymi: można przypuszczać, ze jest wśród nich nieproporcjonalnie wysoki odsetek psychopatów. Kto inny byłby zdolny podjąć decyzję o rozpoczęciu wojny skutkującej tysiącami ofiar śmiertelnych czy o prewencyjnym sprzątnięciu osobników potencjalnie zagrażających państwu? Na tym tle założenie przez wywiad partii politycznej albo ukrywanie przez władze prawdy są bardzo błahymi występkami, a może wręcz czynami szlachetnymi: opublikowaniu wyników audytu sprzeciwiał się między innymi sekretarz generalny Parlamentu Europejskiego Klaus Welle, który twierdził, że stanie to na drodze sprawnej pracy tej instytucji. W polskiej rzeczywistości poprawka Rockiego przeszła przy oburzeniu mediów, ale dość szybko o niej zapomnieliśmy. O rezygnacji z publikowania w Biuletynie Informacji Publicznej wiążących interpretacji podatkowych nie pisze prawie nikt.

Wraz z innymi zwolennikami teorii spiskowych jestem zdania, że politycy ogłaszają światu prawdę tylko wtedy, gdy leży to w ich interesie. Wyborcy powinni dbać o to, by interes polityków był zbieżny z ich własnym, ale wiadomo, że często się to nie udaje. Wyznawcy teorii bajkowych - nazwa może nieco krzywdząca, ale na zasadzie wzajemności - mogą z kolei utrzymywać, że politycy zwykle są prawdomówni. Będzie to jednak przekonanie równie subiektywne, jak moje. Jeśli ktoś chce wierzyć, że pół wieku po zabójstwie Kennedy'ego nadal istnieją uczciwe powody, by nie ujawniać pełnej dokumentacji na ten temat - jego sprawa. Jeśli ktoś chce wierzyć, że Amerykanie nie mieli technicznych moiżlwości pojmać bin Ladena żywcem - wolno mu. Jeśli kogoś pasjonował hollywoodzki film o Abu Musabie al Zarkawim - jego sprawa. Ale jeśli przy tym uważa, że jego dziecięco ufne spojrzenie na świat daje mu prawo do poczucia wyższości względem osób patrzących sceptycznie, to mógłby to spróbować jakoś uzasadnić. Regułą jest, że takich uzasadnień nikt nie ma zwyczaju dawać.

Artykuł z "Der Spiegel" jest - dla wzmocnienia wymowy - poparty badaniem naukowym (przeprowadzonym na małej próbie). Warto zwrócić uwagę, że w kwestiach światopoglądowych naukowcy są również tylko ludźmi i mają tendencję do dobierania takich dowodów, jakie współgrają z ich przekonaniami. Nie musi to nawet dotyczyć tak drażliwych kwestii, jak żywność genetycznie modyfikowana, źródła skłonności homoseksualnych czy początek życia ludzkiego. Słynny był kiedyś przypadek walki "na śmierć i życie" dwóch profesorów od dietetyki, z których jeden obstawał za dietą węglowodanową, a drugi za tłuszczową. Po wytoczeniu najcięższych dział przedstawili swoje wzorcowe jadłospisy i okazało się, że tak bardzo się nie różnią. Innym razem prof. Ireneusz Krzemiński był zmuszony przyznać, że jako naukowiec ma niestety inne poglądy na Radio Maryja, niż jako czytelnik "GW". Ilu naukowców nie byłoby skłonnych do takiego wyznania?

Piszę o tym, bo w przytoczonej publikacji naukowcy ze zdziwieniem (a może z satyskacją?) skonstatowali, że osoby zakładające wiarygodność jednej teorii spiskowej zakładały również wiarygodność innych. Dla mnie takie stwierdzenie jest oczywiste, jeśli słowa "wiarygodność" nie utożsamiamy ze słowem "prawdziwość", a znane dowody nie pozwalają obalić żadnej z teorii. Czy osoby biorące udział w badaniu były poinformowane, jak badacze rozumieją pojęcie wiarygodności? Jeśli nie, to zamiast naukowego badania mamy pseudonaukową manipulację, obliczoną na wyprowadzenie miażdżącej konkluzji: wierzyć, że Osama bin Laden jeszcze żyje, nie stanowi najwyraźniej przeszkody by wierzyć, że już od lat jest martwy.

Dlaczego uważam, że istotnie miała tu miejsce manipulacja? Bo - jak wcześniej przyznałem - sam zaliczam się do zwolenników teorii spiskowych i bez wahania mógłbym uznać za wiarygodne kilka sprzecznych teorii, jeśli nie miałbym dostatecznie dużo danych, by którąś z nich odrzucić. Zarazem trudno mi sobie wyobrazić, jak badani studenci mogli być przekonani o prawdziwości sprzecznych ze sobą teorii. Jeśli takie obiekcje nie naszły przeprowadzających eksperyment naukowców, to świadczy tylko o nich, nie o badanych "obiektach".

Obserwując wyznawców teorii bajkowych, można zauważyć silne przywiązanie do jednej obowiązującej wersji prawdy. Każda wzmianka o ukrytych faktach czy o służbach specjalnych jest dla nich tym, czym micha dla psa Pawłowa: powoduje natychmiastowe i bezwarunkowe ślinienie i chęć gryzienia. Często nie wyobrażają sobie, że można w pewnych sprawach, gdy dowody są niejasne albo wewnętrznie sprzeczne, pozostać nieprzekonanym, zachowywać otwarty umysł i uznawać za wiarygodne kilka teorii, dopóki nie pojawią się dowody, które rozwieją wątpliwości.

Stąd mamy wielu zwolenników teorii spiskowych, którzy spokojnie dopuszczają możliwość awarii tupolewa, jednocześnie dopuszczając możliwość zamachu, i równie wielu zwolenników teorii bajkowych, który do dziś zawzięcie utrzymują, że piloci lądowali pod presją (była w powietrzu za plecami), a wątpliwości co do raportu Millera świadczą źle o Macierewiczu, a nie o Millerze. A w ogóle to już powinniśmy przestać o tym Smoleńsku tyle gadać, bo wszystko jest wyjaśnione i przynosi tylko wstyd nam Polakom.

Zakończę konkluzją ze swojej starszej notki: w świetle powyższych rozważań ci "racjonaliści", którzy przy obecnym stanie wiedzy z pełnym przekonaniem odrzucają tezę o zamachu, w rzeczywistości przyjmują za pewnik założenie, którego nie są w stanie zweryfikować. Nie różnią się tu niczym od tych zwolenników teorii spiskowych, którym poszlaki wystarczają do głoszenia ze stuprocentową pewnością domniemanych faktów. Jeśli twierdzisz więc, że katastrofa smoleńska na pewno nie była zamachem - jesteś nawiedzonym oszołomem, ot co.
sobota, 28 stycznia 2012
To jest nasza kultura (prawna)

Nieznajomość prawa nie zwalnia z jego przestrzegania - to jedna z ważniejszych zasad rządzących dzisiejszym światem. Od czasu do czasu ktoś przebąkuje, że współczesne prawo jest tak skomplikowane i pogmatwane, że nikt nie ma szans poznać wszystkich przepisów, które regulują jego byt na tym świecie, zatem człowiek potencjalnie wchodzi w konfilkt z prawem przez sam fakt swojego istnienia. Dzisiejszy porządek prawny, wzmacniany przez takie potworki, jak ACTA, czerpie garściami z ustrojów totalitarnych i hołduje maksymie Feliksa Dzierżyńskiego głoszącej, że nie ma ludzi niewinnych, są tylko źle przesłuchani.

To wszystko banały, ale zazwyczaj politycy ich głośno nie wypowiadają, bo musieliby przyznać, że stanowiony przez nich porządek prawny jest jedną wielką porażką. Są jednak tacy, którzy bez cienia wstydu i pokory ową porażką się chlubią. Na przykład Bogdan Zdrojewski, piastujący funkcję ministra kultury, ostatnio bez żenady przyznał, że nawet wielu prawników nie jest w stanie właściwie zinterpretować niektórych przepisów polskiego prawa. Ta konstatacja nie wywołała u niego refleksji, że może należałoby pilnie uprościć prawo. Przeciwnie, stała się przyczynkiem do zlekceważenia protestujących przeciwko ratyfikacji ACTA, bo przecież nie można [rozumienia tego paktu] oczekiwać od osób, które nie posiadają wykształcenia prawniczego i reagują na pewne rzeczy emocjonalnie.

Oto współczesna wizja społeczeństwa obywatelskiego: obywatel jest co najwyżej siłą roboczą, konsumentem i mięsem wyborczym, ale gdy próbuje zabierać głos w sprawach publicznych, to staje się śmiesznym typkiem, który nie ma szans rozumieć, o czym mówi i z tego powodu reaguje czysto emocjonalnie. Rzecz jasna dla ministra nie ma mowy o takim stanowieniu prawa, żeby obywatele mieli szanse zrozumieć przepisy, których powinni przestrzegać. A ja na przykład nie mam pewności, czy wolno mi zacytować definicję słowa kultura ze Słownika Języka Polskiego PWN, więc niewykluczone, że właśnie popełniam czyn zabroniony: otóż kultura jest to materialna i umysłowa działalność społeczeństw oraz jej wytwory. Jeśli zatem wytworem kultury współczesnych Polaków są poglądy ministra kultury oraz ich odbicie w porządku(!) prawnym, to trzeba się poważnie zastanowić, czy materialna i umysłowa działalność np. Wandalów nie była aby przejawem wyższej cywilizacji.

Z innej beczki: okazuje się, że Grecy czy Polacy przepracowują największą liczbę godzin w roku, podczas gdy na drugim biegunie znajdują się Holendrzy i Niemcy. Rankingi wydajności pracy i zadowolenia z pracy wyglądają aklurat odwrotnie, ale każda próba wprowadzenia dodatkowego dnia wolnego od pracy jest torpedowana koronnym argumentem: popsują się cyferki w raportach makroekonomicznych. O poprawianiu w pierwszym rzędzie kultury organizacyjnej jakoś się nie mówi. Ktoś czasem wspomina, że uproszczenie prawa dałoby parę punktów procentowych PKB za friko, ale takich nawiedzonych to już było wielu...

Prawo nastawione na wielkie koncerny, wszechobecną kontrolę i cyferki makro - zamiast na człowieka - jest wrzodem na tkance społecznej, dlatego obecne protesty są chyba powodowane czymś głębszym niż tylko odruchem sprzeciwu wobec wynegocjowanego potajemnie paktu. Gdzieś podskórnie pojawia się poczucie, że w dzisiejszych cywilizowanych państwach kultura prawna, ustrojowa, instytucjonalna czy ekonomiczna nie służy społeczeństwom, ale wąskim elitom. Prawo jest traktowane czysto instrumentalnie, wskaźniki makro nie korelują z poczuciem szczęśliwości, podatki nie służą zaspokajaniu potrzeb społecznych, lecz zbieraniu funduszy na projekty biurokratów, a pośród klasy politycznej trudno sobie znaleźć realnych reprezentantów. Coraz więcej ludzi zaczyna należeć do grupy wykluczonych.

Wykluczonych z rozumienia i decydowania o sprawach publicznych. Jak widać, dla ministra Zdrojewskiego to zupełnie normalne; absolutnym zaskoczeniem jest dla niego jedynie skala protestów...

niedziela, 22 stycznia 2012
Totally fugazi

Adam Słomka jest jedynym człowiekiem skazanym na więzienie w procesie o wprowadzenie stanu wojennego. [...] Kiszczaka [sędzia] bał się posadzić, ale Słomkę zamknął chętnie - zauważa Janusz Wojciechowski. Cokolwiek by Słomka nie wyrabiał w sądzie, cokolwiek by blokował czy krzyczał - można go było wziąć pod pachy i wynieść, grzywnę wlepić - ale nie pakować go do więzienia, zapewne ku rozbawieniu Kiszczaka i spółki.

To nie koniec kłopotów Adama Słomki. Gliwicka prokuratora oskarżyła go w 2011 r. o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, której celem było takie przestępstwo przeciw wyborom [fałszowanie list poparcia przed wyborami prezydenckimi w 2005 r. - przyp. darq]. Słomka nie przyznaje się do zarzutu, za który grozi do 10 lat więzienia. Było to największe w Polsce postępowanie pod względem liczby przesłuchanych świadków - w kilka lat przesłuchano ponad 60 tys. osób z całej Polski, których dane znalazły się na listach poparcia Słomki. W wyborach tych zajął on ostatnie 12. miejsce z poparciem 8895 wyborców (0,06 proc).

Innymi słowy domniemane przestępstwo Słomki nie miało najmniejszego wpływu na cokolwiek, bo i tak potem wyborcy podjęli swoją decyzję. Jeśli umarzanie spraw "z uwagi na brak szkodliowości społecznej" ma sens w jakimkolwiek przypadku, to jest to właśnie przypadek Słomki. Chciałoby się, aby równie wiele wysiłków i pieniędzy podatników aparat państwowy wkładał w tropienie licznych innych domniemanych fałszerstw popełnianych w wyborach właściwych, a jeszcze więcej w ściganie sprawców fałszerstw berzspornych. Z powodu niewykrycia sprawcy stołeczna prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie nieprawidłowości przy wyborach prezydenckich z 2010 r. w komisji w Brukseli, gdzie do urny wrzucono 98 kart do głosowania więcej niż ich wydano. Prokuratura Rejonowa Warszawa-Śródmieście umorzyła dochodzenie jeszcze pod sam koniec 2011 r., o czym dopiero w czwartek - dopytywana o to przez PAP - poinformowała rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie Monika Lewandowska. Decyzja jest prawomocna. Według Lewandowskiej materiał dowodowy wykazał, że głosowanie w Brukseli odbyło się prawidłowo; nie udało się jednak ustalić kto i kiedy dokonał przestępstwa "podrobienia dokumentów wyborczych". Prokuratura nie podała szczegółów. Podstawą dochodzenia był art. 248 p. 3 kodeksu karnego. Przewiduje on karę do trzech lat pozbawienia wolności.

Czyli Słomka może beknąć na 10 lat za luksus obejrzenia swego nazwiska na karcie wyborczej, za to ktoś, kto dorzucił podrobione karty do urny, nie beknie nawet na 3 lata, bo w tej sprawie nikomu nie chciało się przesłuchiwać 60 tysięcy świadków. Ani dochodzić, w jaki sposób - mimo zabezpieczeń - takie przestępstwo było możliwe i czy było możliwe również w innych komisjach wyborczych. Na Słomkę warto wydać masę pieniędzy, ale na wyciągnięcie wniosków i poprawę jakości przyszłych wyborów - już nie.

Tymczasem w szerokim świecie naukowcy, którzy stworzyli sztuczny bardzo niebezpieczny szczep wirusa ptasiej grypy, tymczasowo przerwali swoje badania. Wcześniej w środowisku naukowym rozgorzała ostra dyskusja na ten temat. W liście do prestiżowych tygodników naukowych "Science" i "Nature" amerykańscy i holenderscy autorzy kontrowersyjnych badań piszą, że chwilowo zawieszają swój program badawczy. Dodają, że powinno powstać międzynarodowe forum, dzięki któremu można by przedyskutować kontrowersyjne kwestie.

To faktycznie wielkie osiągnięcie naszej cywilizacji: zanim stworzy się śmiertelnego wirusa, można sobie o tym podyskutować, skoro inni tak bardzo proszą. Czy wolno wytwarzać zabójcze wirusy, czy nie wolno? Jak daleko sięgają granice wolności naukowej? To pytania, na które spróbuje odpowiedzieć ludzkość. Bo w przypadku innych, dużo poważniejszych zagrożeń, odpowiedź jest już znana, jasna i jednoznaczna: wytwarzać nie wolno pod żadnym pozorem! 26 stycznia Polska podpisać ma ustawę ACTA [która m.in. narzuca] zakaz obrotu (produkcji, importu, handlu) urządzeniami, które dają możliwość obchodzenia zabezpieczeń przed kopiowaniem. Komu to przeszkadza? Na przykład niedowidzącym, którzy muszą złamać zabezpieczenia cyfrowej książki, aby móc ją przeczytać powiększającym, czy głosowym czytnikiem. ACTA narzuca też konieczność weryfikowania na granicy legalności importowanych towarów.

W połączeniu z coraz bardziej kuriozalnym prawem patentowym stwarza to możliwość ciekawego biznesu: stworzyć zaraźliwego wirusa, opatentować jego DNA/RNA i pobierać opłaty od zmarłych za nielegalne powielenie cudzej własności intelektualnej. Ponieważ przestępstwa przeciwko ACTA będą ścigane z urzędu, to pojawia się szansa na wyłączenie roszczeń właściciela wirusa z masy spadkowej zmarłego. Bo dowieść, że przestępstwo zostało poełnione przed śmiercią, będzie akurat bardzo prosto.

Dobra, kończę skrobać tę notkę i lecę opatentować swój pomysł na biznes.

piątek, 20 stycznia 2012
Cisza jak MAK-iem zasiał

Po opublikowaniu nowych stenogramów z czarnych skrzynek Tu-154M rząd i jego dziennikarze rzucili się umniejszać ich znaczenie. Tam nie ma nic istotnego, a przyczyny katastrofy są już wyjaśnione - słyszymy. Otóż nie są wyjaśnione, dopóki nie poznamy przekonujących odpowiedzi na co najmniej trzy pytania:

  • jak zinterpretować to, że amerykański rejestrator parametrów lotu odnotował jednoczesne odcięcie trzech systemów zasilania (w tym dwóch awaryjnych) kilkanaście metrów powyżej poziomu pasa startowego? skąd pewność, że tupolew w ogóle zszedł poniżej poziomu lotniska?
  • jeśli faktycznie zszedł, to jak doszło do tego, że załoga niezauważalnie przestawiła się z wysokościomierza barycznego na radiowy? lecąc na stałym pułapie przez 7 sekund, piloci powinni czuć normalną grawitację, a zniżając się w tym czasie o kilkadziesiąt metrów - przynajmniej przejściowy stan pewnej nieważkości, względnie przeciążenie po zakończeniu zniżania,
  • dlaczego rosyjski kontroler lotów przez 13 kluczowych sekund milczał, mimo że wcześniej aktywnie naprowadzał polski samolot?

Czy jakąś odpowiedź zawierają nowe stenogramy? Niekoniecznie, ale kilka szczegółów warto odnotować. Spróbowała to zresztą zrobić "Gazeta Wyborcza", porównując nowe stenogramy ze starymi - gdzie "stare" to w tym przypadku te od MAK-u, a nie te trochę świeższe od Millera. O skrupulatności prac dziennikarzy "GW" niech świadczy fakt, że zwrot "Z podwoziem" odczytali oni jako "Z powodzeniem"... Przy takim ich podejściu trudno się dziwić, że nie zauważyli, iż zwrot "W normie", figurujący w stenogramach rosyjskich, przyjął w naszej wersji treść "[-]chodzimy na drugie", wypowiadaną przez mjr Protasiuka.

Warto się przy tej zmianie na chwilę zatrzymać, bo choć została odnotowana już w stenogramach Millera, to zamieszczony tam komentarz nie dotarł do świadomości opinii publicznej. Nadal jest wiele osób, które twierdzą, że polscy piloci lądowali, a nawet jak nie lądowali, to złamali procedury, rozpoczynając odejście poniżej wysokości decyzyjnej. To nieprawda! Przytaczam ów komentarz w całości. W połowie wypowiedzi: „N?- Sto” rozpoczyna się wypowiedź: „A- Odchodzimy na drugie ...” (patrz załączone ilustracje). Fakt ten wyklucza możliwość, aby wypowiedź: „Odchodzimy na drugie ...” była odpowiedzią na praktycznie równoczesną wypowiedź: „Sto”. Biorąc pod uwagę konieczny (fizjologiczny) czas reakcji należy uznać, że wypowiedź: „Odchodzimy na drugie ...” jest reakcją na dwie pierwsze informacje (występujące bezpośrednio po sobie) dotyczące wysokości stu metrów - patrz rozdział II/A-6.1.

Kolejnym wnioskiem "GW" jest enigmatyczne stwierdzenie: inaczej zapisano moment uderzenia w drzewo. Tymczasem w nowych stenogramach nie odnotowano ani jednego dźwięku, który zostałby zinterpretowany jako odgłos spotkania z brzozą lub jej towarzyszkami, co rosyjscy eksperci usłużnie sugerowali słowami: "odgłos zderzenia z drzewami". Ten sam dźwięk w nowych stenogramach jest opisany jako "odgłosy przemieszczających się przedmiotów - do końca nagrania". Na dodatek pierwsze przekleństwo załogi tupolewa odnotowano 1,3 sekundy później niż początek owych odgłosów, a taki czas reakcji na silne, urywające skrzydło uderzenie mógłby cechować rasowego flegmatyka, ale raczej nie załogę odrzutowca.

Z powyższego można wysnuć wniosek, że samolot utracił sterowność, ale niekoniecznie na skutek zderzenia. Jeśli było, to nie towarzyszył mu żaden wyraźny dźwięk ani poruszenie załogi. Dodajmy do tego, że nawigator przestał raportować obniżającą się wysokośc przy 20 metrach, na 3,5 sekundy przed rozpoczęciem przesuwania się przedmiotów, a w międzyczasie samolot jeszcze przeleciał nad bliższą radiolatarnią. Czy nieuprawniona jest w tej sytuacji wątpliwość, że może wcale tupolew nie zszedł poniżej poziomu lotniska, wcale nie uderzył w brzozę, a załoga cały czas korzystała z wysokościomierza barycznego? Byłoby to całkiem spójne z raportem Amerykanów o wyłączeniu zasilania kilkanaście metrów nad poziomem pasa.

Ostatnią rzeczą, która przykuła moją uwagę w nowych stenogramach, jest echo. A konkretnie "interferencja i sprzężenie wynikające z użycia zestawu głośnomówiącego", z którego korzystał kierownik systemu lądowania smoleńskiego lotniska - ten, który naprowadzał tupolewa na kurs i ścieżkę. Gdy przestał się odzywać na 13 sekund, powrócił wreszcie z komunikatem "Horyzont, 101", ale już bez echa. Chwilę po nim odezwał się kierownik lotów, też bez echa, ale on akurat od początku nie używał zestawu głośnomówiącego. Nasuwa się przypuszczenie, że w kluczowym momencie kierownik systemu lądowania opuścił swoje stanowisko, pytanie - co go do tego mogło skłonić?

Odpowiedzi nie poznamy ze stenogramów Millera, zawierających odpis nagrań z magnetofonu smoleńskiej wieży. Według tego dokumentu przez ponad 10 sekund nie działo się tam nic, żadnej komunikacji, żadnych rozmów - cisza jak MAK-iem zasiał...

środa, 18 stycznia 2012
O take Polske nam chodziło?

Choć Polskę i Japonię geograficznie i ekonomicznie wiele nie łączy to rynki akcji poruszają się od lipca praktycznie tak samo - zauważył dziś Daniel Kostecki, analityk X-Trade Brokers.


wykres

 

Mnie zastanawiają przyczyny tak słabego zachowania naszej giełdy. Japończycy mają od 20 lat sekularną bessę, zmagają się z olbrzymim zadłużeniem i niekorzystnym dla eksportu kursem waluty, a w tym roku spadła na nich klęska żywiołowa i katastrofa nuklearna.

Polska jest "zieloną wyspą Europy", żyje z dotacji unijnych i pieniędzy przysyłanych przez emigrantów, a kurs złotówki wspiera nasz przemysł. Czy trapi nas jakikolwiek problem porównywalny z japońskimi tragediami?

Jedynym, co przychodzi mi na myśl, jest rząd Donalda Tuska i jego reformy.

Interpretacja wiążąca: dziki kraj

Mało kto zwrócił uwagę, że jedną z "reform" wprowadzanych obecnie przez rząd jest rezygnacja z publikowania w Biuletynie Informacji Publicznej wiążących interpretacji podatkowych, wydawanych na prośbę podatników. Instytucja interpretacji pozostanie, ale nie dość, że organy podległe MF będą sobie mogły swobodnie interpretacje odwoływać, to jeszcze ogół podatników się o nich nie dowie. Razem ze słynną poprawką Rockiego, przepchniętą na koniec poprzedniej kadencji, wiele to mówi o podejściu PO do idei przyjaznego państwa. Zamiast uprościć przepisy tak, by nie gubili się w nich urzędnicy państwowi (o obywatelach nie wspominając), lepiej cofnąć się w cywilizacyjnym rozwoju do epoki Dzikiego Wschodu.

Na dodatek niezbyt konsekwentnie. W całym tym bałaganie, jaki narobiono w służbie zdrowia ustawą refundacyjną okazało się, że podarowanie przez WOŚP szpitalom pomp insulinowych byłoby działaniem prawnie wątpliwym, wręcz nielegalnym. Ministerstwo Zdrowia pospieszyło z "opinią prawną", czyli de facto opublkowało coś, co w zamyśle jest wiążącą interpretacją prawa i według zamierzeń tego samego rządu nie powinno być już ogłaszane publicznie. Zgoda, ta sprawa akurat nie dotyczy prawa podatkowego, ale chodzi mi o intencje obecnych władz: czy urzędnicy powinni publicznie interpretować przepisy, czy też nie?

Oczywiście nikt nie dopuszcza myśli, żeby głupie prawo mogło stanąć na drodze Orkiestry Owsiaka, więc nie dziwią sformułowania w doniesieniu PAP: pompy insulinowe [...] mogą zostać przekazane szpitalom przez Fundację WOŚP w formie darowizny - poinformowało Ministerstwo Zdrowia w poniedziałkowym komunikacie. Tak właśnie - nie wydało opinię, tylko poinformowało! Skoro ministerstwo informuje, to chyba nie ma o czym dyskutować?

Nie byłoby, gdyby nie dwie drobne wątpliwości. Po pierwsze, resort zdrowia pomylił ustawę refundacyjną z jej projektem, a w ustawie stoi jak byk, że nikt nie może podarować szpitalom pomp insulinowych. Po drugie, komunikaty i  interpretacje MZ nie mają żadnej mocy prawnej, nie są w żaden sposób wiążące dla organów administracji ani dla sądów powszechnych.

I co z tego? I nic. Idę o zakład, że akurat ta interpretacja zostanie uznana za wiążącą, a WOŚP złamie prawo bez czyjegokolwiek sprzeciwu. Za to setki interpretacji rzeczywiście (albo i nie?) wiążących zostaną schowane w czeluściach urzędniczych biurek naszego coraz bardziej przyjaznego państwa. Aby żyło się lepiej - wszystkim urzędnikom.

poniedziałek, 02 stycznia 2012
O, choroba!

Jednym z elementów bałaganu wprowadzonego przez min. Arłukowicza jest konieczność weryfikowania w gabinetach lekarskich, czy pacjent jest ubezpieczony. Niewiele osób wypowiadających się w tej sprawie zwraca uwagę, tak jak Marek Balicki, że nieubezpieczonych Polaków jest zdecydowana mniejszość, a koszt biurokracji związanej z weryfikowaniem uprawnień i wyznaczaniem źródła finansowania pacjenta idzie w dziesiątki milionów. Jeszcze rzadziej pojawiają się głosy, że w ogóle ubezpieczenie zdrowotne jest w Polsce fikcją.

Istotą ubezpieczenia jest bowiem przeniesienie ryzyka z ubezpieczanego na ubezpieczyciela. Jeśli zdarzy mi się wypadek, to idę po odszkodowanie do ubezpieczyciela i nie zastanawiam się, czy przewidział on na ten rok odpowiednią liczbę wypadków. Jego profesja, jego kłopot. Za to bierze pieniądze. Nie powie klientowi: rozwal się pan w przyszłym roku, bo na ten rok limit wypadków zastał już wyczerpany.

Zupełnie odwrotnie jest w przypadku "ubezpieczeń" NFZ. Zacna ta instytucja ustala na każdy rok limit świadczeń zdrowotnych i podpisuje umowy z placówkami zdrowotnymi tak, aby prawie całe ryzyko leżało po stronie pacjentów, względnie miłosiernych dyrektorów szpitali. Na dodatek składka zdrowotna nie jest zależna od pakietu usług (ba! od lat, mimo gadania, nie stworzono prawdziwego koszyka świadczeń gwarantowanych), tylko od dochodów "ubezpieczonego". Nie można też wybrać sobie ubezpieczyciela - każdy jest dobry, o ile jest państwowy...

Nawet Forrest Gump zauważy, że składka zdrowotna ma wszelkie cechy podatku i nic wspólnego z prawdziwymi ubezpieczeniami. Podobnie płacimy podatki np. na edukację, nawet jeśli akurat nie potrzebujemy z niej korzystać. I tak, jak Konstytucja RP gwarantuje bezpłatną naukę w szkołach publicznych, tak ten sam dokument zapewnia, że każdy ma prawo do ochrony zdrowia, a obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Skoro tak, to po diabła cała ta biurokracja związana z fikcją ubezpieczeń? Jak się ma wykluczanie (nielicznych) Polaków z grona ubezpieczonych do ich konstytucyjnie gwarantowanych praw?

Takimi wątpliwościami podzieliłem się swego czasu z Rzecznikiem Praw Obywatelskich, a dokładniej z jego biurem. Pani referent Anna Sosińska włożyła cały swój talent, aby w dwustronicowym słowotoku nie odnieść się słowem do najważniejszych zarzutów i jednocześnie przyznając półgębkiem, że ustawa tworzy kategorię osób wykluczonych z publicznych świadczeń zdrowotnych, uznać, że nie łamie to ich konstytucyjnych praw. Oczywiście tematu bezsensownych wydatków na biurokrację, które nie służą ani chorym, ani budżetowi państwa, ani wzrostowi PKB, pani referent nie raczyła podjąć. Dla potomności przytaczam tutaj najważniejsze punkty jej wywodu.

Udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej jest oparte na zasadach równego traktowania oraz solidarności społecznej, a także na zasadzie zapewnienia ubezpieczonym równego dostępu do świadczeń opieki zdrowotnej i wyboru świadczeniodawców. Ani w Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej ani w ustawie o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych nie jest użyte sformułowanie, że służba zdrowia jest bezpłatna. [ale skoro dostęp jest równy, to dla wszystkich płatny albo dla wszystkich bezpłatny? - przyp. darq.] [...] Katalog podmiotów podlegających obowiązkowemu ubezpieczeniu zdrowotnemu jest określony nader szeroko, dzięki czemu umożliwia się korzystanie osobom ubezpieczonym ze świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze świadczeń publicznych. Reasumując wyjaśniam, że w ocenie Rzecznika Praw Obywatelskich brak jest podstaw do kwestionowania konstytucyjności art. 2 ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych.

Przedostatnie zdanie to prawdziwe cudeńko logiki, możliwe do zrozumienia chyba tylko przez referentów prawnych. Jakie ma znaczenie, z czego mogą korzystać ubezpieczeni, skoro Konstytucja mówi o wszystkich obywatelach, a nie tylko o ubezpieczonych? I czy gdyby katalog był określony nader wąsko, to osoby ubezpieczone nie mogłyby korzystać ze świadczeń zdrowotnych? Lekarza!!!

piątek, 16 grudnia 2011
Rynsztok zszokowanych idiotów

"GW" piórem Adama Leszczyńskiego analizuje stan umysłów prawicy na przykładzie niedawnego programu Jana Pospieszalskiego. Przekonanie o "oszołomstwie" prawicy jest w naszej lewicy zakorzenione tak głęboko, że każdą - nawet najdrobniejszą i mocno naciąganą - przesłankę, która wydaje się je uzasadniać, uznają za miażdzący dowód.

Rozpoczął Andrzej Celiński, który na wyznanie Pospieszalskiego, ze szokuje go depesza ambasadora NRD do kierownictwa służb specjalnych tego kraju wypalił, że tego typu materiały są szokujące tylko dla idiotów, którzy mają z góry ustaloną tezę. Podobno był to w wykonaniu Celińskiego pokaz charakteru, nie chamstwa. Przekonanie o własnej wyższości moralnej pozwala salonowym elitom i dziennikarzom gładko nazywać przeciwników idiotami, a ich programy kojarzyć z rynsztokiem.

Pomińmy rytualne w takich przypadkach mantry o tym, że dokument był już (w wąskich kręgach) znany, przez co z założenia nie niesie istotnej treści, albo że o zmarłych nie wypada mówić źle, zatem krytyczne uwagi o postaciach historycznych są niedopuszczalne. Mantry te najwyraźniej silnie działają na wyznawców, skoro są z takim uporem powtarzane od lat. Ciekawsze jest tu jednak pytanie, dlaczego osoby zszokowane przedstawioną depeszą miałyby być z automatu idiotami.

Możliwości są dwie: albo takie praktyki, jak domniemana rozmowa Geremka z Cioskiem, są normalnym elementem taktyki politycznej, przez co rozumnych ludzi nie szokują, albo materiał jest niewiarygodny. Pospieszalski i Wildstein przyjęli raczej ten pierwszy wariant, a Celiński nie oponował. Po przemyśleniu lewica uznała jednak, że ta argumentacja mogłaby być faktycznie szokująca, więc całą parę puszczono w dyskredytowanie źródła.

Zaczął Ciosek, który uznał, że służby specjalne NRD spreparowały rzekomą rozmowę z Geremkiem, by przekazać ją "towarzyszom w Moskwie", chcąc "zmontować jakąś prowokację". Tego wątku nikt dalej nie ciągnął - widać zabrakło pomysłu, jak wyjaśnić wiernym, w imię czego Stasi miałaby tak mocno ryzykować, oszukując służby radzieckie. Zresztą już sam taki fakt stanowiłby kolejną sensację, którą gotowi wykorzystać idioci z prawicy w swoich rynsztokowych programach.

Aktualnie obowiązuje chyba wersja, że dokument jest niewiarygodny, bo niepotwierdzony przez inne źródła. Leszczyński chwyta się koła ratunkowego rzuconego przez Cioska, który zaprzecza, że odbył taką rozmowę z ambasadorem NRD. Zakładają z góry, że Ciosek kłamie? Ale dlaczego? Dlaczego właściwie ufają temu, co Ciosek podobno mówił wtedy, a to, co mówi teraz, uznają za kłamstwo? Może kłamał Niemcowi w 1981 r., a mówi prawdę Polakom w 2011 r.? Nie można tego z góry wykluczyć. A jeśli się wyklucza, to wypada powiedzieć, dlaczego - dopytuje Leszczyński, najwyraźniej mając za idiotów nie tylko prawicę, ale i swoich czytelników, którzy sami z siebie nie domyślą się, z jakich powodów komunistyczny dygnitarz był bardziej szczery w prywatnych rozmowach z innymi komunistycznymi dygnitarzami, niż jest dziś w wypowiedziach dla ludu.

Ciągnąc swe dywagacje, Leszczyński pomija fakt nadania przez Niemców depeszy ambasadora najwyższej klauzuli tajności. Ciosek opowiada coś enerdowskiemu dyplomacie. Być może z nim pogrywa. Być może chce mu opowiedzieć, że w "S" są tzw. zdrowe siły - sprzyjające władzy - żeby dyplomata uspokoił swoich mocodawców w Berlinie. [...] Być może Ciosek rzeczywiście coś podobnego mówił, ale Niemiec coś przekręcił. Wszystkie te możliwości trzeba wziąć pod uwagę - mnoży wątpliwości doktoryzowany historyk, nie wykazując przy tym cienia intencji zweryfikowania źródła i konfrontacji z innymi materiałami.

Owszem, można brać pod uwagę, że ambasador - zapewne pracownik służb - "przekręcił coś" w tajnej depeszy do swojej centrali. Tylko jaka jest na to szansa? Zgoda, Pospieszalski i Wildstein za bardzo podpalili się pojedynczym dokumentem. Ale skoro przeciwnicy jeszcze bardziej podpalili się ich podpaleniem, skoro z dywagacji, że ambasador coś przekręcił, wyciągają wniosek, że można przeciwnikom rzucać prosto w twarz obelgi i żądać zdjęcia programu z anteny telewizji publicznej - to nie sposób nie zapytać, co ich aż tak ubodło? Wygląda na to, że zapalnikiem nie była teza o zdradzie Geremka (takie tezy prawica głosi już od dawna), ale sam fakt zaprezentowania szerszej opinii publicznej znanego podobno od 15 lat dokumentu. Bo jeszcze ta opinia mogłaby sobie wyrobić własną opinię...

Aby temu zapobiec, Adam Leszczyński, jeden z najtęższych mózgów tzw. młodej lewicy, błyskotliwie rekonstruuje tok myślenia swych idiotycznych przeciwników: tylko przez zdradę elit, najpierw w 1981 r., potem przy Okrągłym Stole, katolicki Naród Polski nie chce dziś głosować na prawicę, na którą oczywiście każdy Polak w naturalny sposób powinien głosować. Aż strach zgadywać, jakie nieidiotyczne, choc z góry ustalone tezy wyznają mniej tęgie lewicowe umysły.

środa, 30 listopada 2011
Prawo i Sprawiedliwość Henryki Krzywonos

Fascynująca jest argumentacja, jakiej używają Henryka Krzywonos i jej otoczenie w odpowiedzi na pozew sądowy posła Kaczmarka. Legendarna tramwajarka (bo zdaje się, że o niczym innym jak o legendzie nie ma tutaj mowy), wypowiadając się przed wyborami o "agencie Tomku", użyła sformułowania: jest to bezczelny facet, który mało tego, że skrzywdził kobiety, naciągał i nie do końca mu się udało je naciągnąć, ale wykorzystał to w bezczelny sposób, szczyci się tym i teraz startuje w wyborach (...); dla mnie jest, przepraszam, ale dnem, które skrzywdziło ludzi.

Poseł Tomek nie żąda odszkodowania, wystarczą mu przeprosiny, a że nie uzyskał ich polubownie, to wystapił na drogę sądową. I oto okzauje się, że sam fakt zgłoszenia pozwu jest równoznaczny z uznaniem siebie (a nie strony pozwanej) za winnego: to dobrze zrobił, winni się tłumaczą - oceniła sytuację Krzywonos.

Jej mąż, jakby przeczuwając nieuchronną porażkę, już zaczął wyjaśniać, że nie należy uznawać takiego wyroku, bo prawo bywa niesprawiedliwe, a ten, kto niesłusznie działa w granicach prawa, powinien stawiać się na równi z komunistycznymi świniami. Henryka Krzywonos zawsze mówi prawdę (...) i zło nazywa złem, nawet jeśli ktoś czyniąc to zło podpiera się prawem. Znamy takie przypadki, że w latach osiemdziesiątych też podpierano się prawem czyniąc zło wielu ludziom. Prawo nie zawsze okazuje się sprawiedliwe.

Ciekawe to stwierdzenie w obronie byłej działaczki Unii Wolności i przedstawicielki środowiska, które liczne nadużycia okresu transformacji kwitowało stwierdzeniem dura lex, sed lex. Byc może chodzi o to, że nie wszyscy mają odpowiednie kwalifikacje moralne, by móc orzekać, który czyn trzeba uznać za niegodziwy mimo jego zgodności z prawem. Henryka Krzywonos ma, bo ona zawsze mówi prawdę, całą prawdę i tylko prawdę...

Na pełnomocników legendarna tramwajarka wyznaczyła sobie nie byle kogo, bo ludzi krystalicznie czystych i brzydzących się kłamstwem, czego najlepszym przykładem jest troska Jaromira Netzla o podwładnych: nie mogą wiecznie potwierdzać nieprawdy. Panowie Netzel i Janusz Kaczmarek rozpoczęli od odwleczenia procesu, bo nie zdążyli się zapoznać z aktami, a przy okazji zasugerowali, że wiedzą o pośle Kaczmarku coś, czego ten wolałby nie ujawniać: liczymy na refleksję strony powodowej i mamy nadzieję, że poseł zastanowi się nad tym, czy proces w tym kształcie jest zasadny w jego obecnej sytuacji i podejmie stosowne decyzje procesowe. Nie ukrywam, że bardzo na to liczymy.

Najwyraźniej trudno liczyć na to, że Henryka Krzywonos przeprosi dobrowolnie albo obroni się w procesie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31
Potrzebna pomoc dla TARY