|
O tym, co czytam, słucham i oglądam w mediach.
I zamiast miotać w przestrzeń przekleństwa, wolę odreagować kulturalnie przy użyciu bloga.
Blog > Komentarze do wpisu
To nie był film
Śledząc polską politykę, można poczuć się jak w kinie. Nie chodzi o to, czy nazwiemy to tragikomedią, dramatem czy może horrorem. Nie chodzi nawet o to, że niewyrobiona publiczność domaga się, aby role były jasno rozpisane na dobrych i złych, choć ten trop jest całkiem trafny (przypomina mi się, jak w dzieciństwie oglądałem bodaj "Tylko dla orłów", do pokoju weszła mama i zapytała o postać na ekranie; "to ten dobry", wyjaśniła siostra, a w tej samej chwili ów "dobry" wbił czekan w rekę "złego"; mam poczucie deja vu, gdy jakiś "dobry" z rządu glanuje "złego" z opozycji przy aplauzie bezstronnych mediów). Tu interesuje mnie inna analogia: szybko zmieniające się sceny, posuwające akcję do przodu w taki sposób, że widz nie pamięta, co sobie myślał jeszcze 10 minut temu, ba - w jakie idee się osobiście zaangażował, wrzucając głos do urny. Ewolucja programu PO i "poglądów" wyborców tej partii jest tego świetną ilustracją, a zmiana podejścia do reformowania kraju - kapitalnym przykładem, jak szybko jedna scena może zastąpić drugą. Oto miesiąc temu wszyscy jeden przez drugiego powtarzali, że tylko wybór Komorowskiego zapewni przeprowadzenie "niezbędnych reform", choć jako żywo nikt nie był w stanie powiedzieć, o jakie reformy chodzi. Ministrowie Rostowski i Radziwiłł straszyli załamaniem finansów w razie niewłaściwego wyboru, a zagraniczna prasa po wyborach rozpływała się w zachwytach nad perspektywami naszego kraju, odmieniając słowo-klucz przez wszystkie przypdaki: Determinacja Polski w sprawie reform gospodarczych może stanowić przykład dla reszty Europy. Prezydent elekt Bronisław Komorowski, podobnie jak polski premier Donald Tusk, jest zaangażowany w reformę gospodarczą. [...] Lista reform właściwie nie różni się od tej, która została sporządzona dla Europy - pisze WSJ i wymienia: cięcie deficytu budżetowego, reforma rynku pracy, wypełnienie czarnej dziury w państwowym systemie emerytalnym, zwiększenie wieku emerytalnego, reforma służby zdrowia, kontynuowanie prywatyzacji, zmniejszenie pomocy dla rolników. [...] Udana reforma polskiej gospodarki może posłużyć jako model zachęcający inne kraje Unii Europejskiej do przeprowadzenia reform, szczególnie od kiedy reformatorzy będą musieli pokonać znaczące siły wsteczne, wśród nich zwłaszcza rolników i emerytów. I co? I klops. To znaczy klaps, cięcie, nowa scena. Nagle wszyscy jeden przez drugiego jęli powtarzać, że nie ma co liczyć na żadne reformy, bo przecież idą nowe wybory. Taka nowa mądrość zbiorowa, spojrzenie bez złudzeń i z dystansem na politykę. Tak, jakby miesiąc temu można było mieć jakieś złudzenia... Podobnie łatwo wyborcy PO łyknęli zmianę wizerunku tej partii z ugrupowania fachowców wiedzących, czego chcą, na zbiorowisko oportunistów, którzy tańczą, jak im sondaże zagrają. To znaczące, że nawet w sprawach, na których rzekomo mieli się znać, "fachowcy" z Platformy polegają tylko na głosie ludu i nie wstydzą się jawnie tego przyznawać: podnoszenie podatków, to jak wyrywanie nam serca z piersi. Jest ostatecznością. Musimy ocenić czy jest niezbędna, czy idzie w pakiecie z innymi reformami" - powiedział w Trójce Schetyna. Zaznaczył, że są to na razie niesprecyzowane propozycje i świadczą o testowaniu opinii publicznej. "Są to niesprecyzowane propozycje. Jest to na pewno testowanie i rozpoczęcie szerszej debaty, ale nie tylko debaty w zaciszu gabinetów. "Debata" oczywiście trwała tylko tyle, ile było trzeba, aby otrzymać wyniki sondaży opinii publicznej. Zgodny chór ekspertów (1, 2, 3, 4, ...) został koncertowo zignorowany. Premier wygłasza kuriozalne opinie, że podnoszenie podatków to wariant "środka drogi" pomiędzy bezczynnością a reformami - jego wyborcy beznamiętnie oglądają tę scenę i niczemu się nie dziwią. Premier mówi, że niektóre zmiany, których domagają się ekonomiści czy komentatorzy, mogą mieć dokładnie odwrotny skutek niż ten, jakiego Polska potrzebuje, a widzowie przyjmują do wiadomości obecną wersję prawdy czasu prawdy ekranu. Sekretarz rady gospodarczej przy premierze krytykuje profesora Balcerowicza - skoro tak robi, to widocznie już wolno. Krytyka nie taka znowu bezzasadna, ale ciekawe, ilu zwolennikom obecnej władzy coś zazgrzyta w takich poglądach: I tu jeszcze jedna refleksja dotycząca roli polityki państwa w sektorze finansowym. Mówi się często, że sposobem na najlepsze zarządzanie tym sektorem jest zawężanie ingerencji politycznej. To śmiała teza po kryzysie i przeciwna do działań rządów w USA i Europie w ostatnich miesiącach. Ingerencja polityczna albo raczej państwowa w system bankowy zawsze była duża (chociażby poprzez nadzór regulacyjny i decyzje banku centralnego), a dziś jest jeszcze większa, bo okazało się, że bez tej ingerencji sektor bankowy może wytworzyć ryzyka systemowe dla całej gospodarki. Wydaje się, że akurat ryzyka systemowe zostały wytworzone w wyniku wieloletniej ingerencji państwowej, rozpoczętej co najmniej za czasów Billa Clintona, ale to dla nas mniej ważne. Nas bardziej powinny interesować ryzyka systemowe dla naszego kraju, tyle że sceny, które je pokazują, zostały z filmu wycięte. Ścinki mogą wyglądać na przykład tak: S&P zwraca uwagę, że ze względu
na wybory parlamentarne, planowane na 2011 rok, nie należy oczekiwać,
że rząd będzie proponował zasadnicze ograniczenia fiskalne przez 2012
rokiem. [...] Możliwa jest obniżka ocen wiarygodności kredytowej kraju, jeśli do 2012 roku nie pojawią się realne perspektywy reformy finansów publicznych. Wczorajszym popołudniem na rynki
dotarła wiadomość, iż przyszłoroczny deficyt miałby wynieść 45-47 mld
złotych. To rozczarowująca wiadomość, gdyż oznacza ona, iż planowany
deficyt nie będzie wiele niższy od faktycznego wykonania w tym roku (o
ile w ogóle będzie niższy) i to pomimo bardziej sprzyjających warunków
makroekonomicznych (szczególnie struktura wzrostu). [...] Tak wysokie
potrzeby pożyczkowe niosą ryzyko takiej gwałtownej reakcji w przypadku pogorszenia nastrojów na rynkach globalnych, zwłaszcza gdyby było ono wynikiem powrotu niepokojów fiskalnych w strefie euro. Okazuje się, że gabinet Donalda Tuska nadal unika przeprowadzenia głębokich reform strukturalnych. [...] Gołym okiem widać, że to wszystko (większy VAT, zamrożenie pensji w budżetówce (?), dodatkowe wpływy z prywatyzacji), to działania doraźne, a nie systemowe. W obliczu mody na reformy, jaka zapanowała w Europie, inwestorzy powinny otrzymać coś więcej, niż tylko de facto utrzymywanie status quo. Nikt się takimi ścinkami nie przejmuje, bo przed oczami migają kolejne kadry. Rząd ma się zebrać dziś o godz. 10:00, aby pracować nad czteroletnim "Wieloletnim planem finansowym państwa", który powinien zostać przyjęty do końca lipca - donosiły w piątek rano media, dodając, że wymóg przyjęcia planu do końca lipca wynika z ustawy. W następnej scenie - dosłownie parę chwil później - premier Tusk informował, że rządowy plan finansowy na lata 2010-2013 ma zostać przyjęty na wtorkowym posiedzeniu rządu. Czy komuś będzie się chciało dochodzić, jak można tak lekko podchodzić do ustawowych terminów? Oczywiście nie, bo tego nie ma w scenariuszu. Seans trwa i będzie trwać. Chyba, że S&P faktycznie obniży ratinigi naszego długu i nagle okaże się, że to nie był film...poniedziałek, 02 sierpnia 2010, darq
TrackBack
|
![]() |